Czternaście lat wojny z islamskim terroryzmem – próba bilansu i perspektywy

Czternaście lat wojny z islamskim terroryzmem – próba bilansu i perspektywy

Rozpoczęta prawie półtorej dekady temu międzynarodowa wojna z islamskim ekstremizmem i terroryzmem wciąż daleka jest od rozstrzygnięcia. Konflikt ten – najczęściej określany jako „Globalna Wojna z Terrorem” (Global War on Terror, GWOT) lub też, bardziej realistycznie, jako „Długa Wojna” (The Long War) – toczy się na coraz większej liczbie frontów i to nie tylko w rozumieniu geograficznym. Walka ma również miejsce w świecie wirtualnym (w internecie i mediach społecznościowych) oraz w wymiarze psychologicznym i propagandowo-medialnym. Islamiści doskonale radzą sobie na każdym z tych frontów, kreując rzeczywistość, narzucając kierunek i tempo działań swym przeciwnikom, zdobywając nowe tereny i rzesze zwolenników. Aktualna sytuacja w zakresie zwalczania radykalnego islamu i ideologii dżihadu jest więc mniej korzystna, niż w momencie rozpoczynania tej „najdłuższej z nowożytnych wojen”. Sprawia to, że perspektywy w zakresie zwalczania islamizmu nie są optymistyczne, a przeciwdziałanie temu zagrożeniu staje się jednym z najbardziej istotnych elementów polityk i strategii bezpieczeństwa większości państw.

Wojna z islamizmem – historia błędów i zaniechań

Dzisiejsza niekorzystna sytuacja w ramach walki z dżihadem jest w dużej mierze skutkiem całego szeregu politycznych i strategicznych błędów, popełnionych przez Zachód, a zwłaszcza Stany Zjednoczone. To właśnie USA, będące inicjatorem i główną siłą międzynarodowej koalicji na rzecz walki z ekstremizmem muzułmańskim, ponoszą największą odpowiedzialność za obecny stan rzeczy w ramach tej wojny.

Pierwszym niewłaściwym posunięciem Zachodu było już samo założenie, że sens ma tylko militarne podejście do zagrożenia ze strony radykalnego islamu i kwestii jego zwalczania. Po zamachach z 11 września 2001 roku – wprost potraktowanych przez Waszyngton jako atak natury militarnej – USA faktycznie narzuciły rodzącej się antyterrorystycznej koalicji swoją perspektywę i ocenę sytuacji, a także sposoby jej rozwiązania, bazujące głównie na środkach natury militarnej. Amerykański punkt widzenia został szybko i bez dyskusji przyjęty jako oczywisty przez wszystkich, chcących aktywnie włączyć się w walkę z islamskim ekstremizmem. W panującej wówczas w USA atmosferze prowojennej nikt nie zwracał uwagi na opinie ekspertów i badaczy islamu, ostrzegających przed rozwiązywaniem problemu ekstremizmu muzułmańskiego wyłącznie twardymi, militarnymi środkami. Ich postulaty, aby podejść do problematyki zwalczania islamskiego radykalizmu także od strony ekonomicznej, społecznej oraz propagandowej,  nie zostały wzięte wówczas pod uwagę. Przyszłość pokazała jednak, że przestrogi te okazały się zasadne.

Wojskowe podejście do kwestii walki z islamizmem, które niejako wymuszało traktowanie dżihadystów i ich struktur jako klasycznego przeciwnika militarnego, dysponującego własnymi siłami zbrojnymi, terytorium i zapleczem – okazało się nieadekwatne do rzeczywistości już w chwili zajęcia Afganistanu przez siły międzynarodowe i likwidacji reżimu talibów. USA nie skorygowały jednak wówczas swej strategii, np. poprzez dopuszczenie możliwości stosowania szerszego wachlarza działań, także o charakterze ekonomicznym, dyplomatycznym czy z zakresu „soft power”. Co więcej, Amerykanie zaniechali nawet prowadzenia kinetycznych działań militarnych przeciwko resztkom sił talibskich i bojownikom Al-Kaidy („Bazy”), ukrywającym się na pograniczu afgańsko-pakistańskim, zadowalając się osiągniętym stanem „zwycięstwa” w Afganistanie i skupiając się na stabilizacji oraz odbudowie tego kraju. Zaprzepaszczono wtedy m.in. szansę efektywnego wymuszenia na władzach Pakistanu pełnej współpracy z ich strony w zakresie zwalczania islamskiego radykalizmu na terytorium ich państwa. W Pentagonie i Białym Domu uznano wówczas najpewniej, że już samo pozbawienie Al-Kaidy jej centrali i zaplecza logistyczno-organizacyjnego w Afganistanie oznacza jej faktyczny koniec. Tymczasem niedobitki Al-Kaidy, na czele z jej liderem Osamą bin Ladenem, znalazły bezpieczne schronienie w Pakistanie (przy dyskretnej ochronie ze strony części tamtejszych struktur siłowych) i zaczęły żmudny proces odbudowy swych sił i środków. Już po roku, na przełomie lat 2002/2003, siły Ruchu Talibów i „Bazy” podjęły skuteczną walkę partyzancką, skierowaną przeciwko władzom w Kabulu i siłom międzynarodowym. „Niedokończony biznes” w Afganistanie z lat 2001/2002 zemścił się na Amerykanach i ich sojusznikach. Doprowadziło to szybko do znaczącego pogorszenia sytuacji bezpieczeństwa w Afganistanie i zaprzepaszczenia szans na ustabilizowanie tego kraju. Siły koalicji antyterrorystycznej ugrzęzły pod Hindukuszem w przewlekłej, krwawej i wyniszczającej kampanii asymetrycznej, w istocie bez widoków na zwycięstwo. Zakończenie misji ISAF w 2014 roku – przedwczesne, w warunkach pogarszającej się sytuacji bezpieczeństwa w Afganistanie i bez należytego wyszkolenia/przygotowania afgańskich sił bezpieczeństwa do samodzielnego spełniania zadań – stało się tylko potwierdzeniem wcześniejszych obaw, że sojusznicy nie dadzą rady zaprowadzić w pełni ładu w tym kraju.

Proces odbudowy struktur Al-Kaidy w regionie afgańsko-pakistańskim po 2002 roku byłby zapewne znacznie dłuższy i trudniejszy, gdyby nie korzystny dla islamistów splot okoliczności. Najważniejszą z nich i najbardziej brzemienną w geopolityczne skutki było przeniesienie w 2003 roku niemal całej uwagi strategicznej USA na zupełnie inny teatr działań, czyli Irak. Operacja „Iracka Wolność” („Iraqi Freedom”) – podjęta w oparciu o mocno wyidealizowane założenia i cele strategiczne – stała się największym błędem i pomyłką w wojnie z islamskim ekstremizmem i terroryzmem. Amerykańskie zaangażowanie w Iraku – planowane jako „szybkie, łatwe i krótkotrwałe” – okazało się w rzeczywistości czynnikiem, który ostatecznie jedynie umocnił ruch dżihadu. Obecność militarna w Iraku, ciągnąca się przez wiele lat, ogniskowała i eskalowała fanatyzm religijny oraz ekstremizm ideologiczno-polityczny muzułmanów z całego regionu. Ostatecznie, stało się to katalizatorem wielu niekorzystnych procesów na Bliskim Wschodzie (jak na przykład pojawienie się organizacji ekstremistycznej Islamskie Państwo Iraku i Lewantu, protoplasty dzisiejszego tzw. Państwa Islamskiego), z których konsekwencjami Zachód oraz państwa regionu borykają się obecnie.

Kolejny fatalny w skutkach błąd – którego negatywne konsekwencje dla dalszych losów wojny z islamskim ekstremizmem jeszcze nie w pełni się ujawniły – to bezwarunkowe i bezkrytyczne poparcie, jakiego państwa Zachodu udzieliły tzw. demokratycznym rewolucjom w kilku krajach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Seria rewolt i niepokojów społecznych rozpoczętych w latach 2010-2011 w tej części świata od razu spotkała się z politycznym wsparciem w stolicach głównych państw zachodnich. W przypadku Libii poparcie Zachodu przejawiło się także w wymiarze militarnym, włącznie z zaangażowaniem sił i struktur samego Sojuszu Północnoatlantyckiego. Wbrew oczekiwaniom zachodnich elit, rewolucje w arabskich krajach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej nie doprowadziły jednak do powstania w nich rządów opartych na demokracji i związanego z nią rozkwitu idei praw człowieka i obywatela. Wręcz przeciwnie – większość państw objętych tzw. Arabską Wiosną (jak na razie za wyjątkiem Tunezji) popadła z biegiem czasu w chaos krwawych wojen domowych lub co najmniej przechodzi poważne wewnętrzne napięcia i konflikty społeczno-polityczne.

Eskalacja islamskiego ekstremizmu

Co gorsza, zarówno kampania afgańska, jak i iracka stały się w regionie szerokiego Bliskiego i Środkowego Wschodu symbolami amerykańskiego (a szerzej również zachodniego) militaryzmu i ekspansjonizmu. Dla radykalnych muzułmanów były to także oczywiste przejawy opresji w wymiarze religijnym – kolejne „krucjaty niewiernych” przeciwko islamowi. Afganistan i Irak, a później także Jemen, Libia i Syria stały się frontami walki prowadzonej w imię i w ramach dżihadu. Miejsca te przyciągać zaczęły tysiące radykałów, nie tylko ze świata islamu, ale także z państw zachodnich. Ci ochotnicy „świętej wojny” przechodzą tam szkolenia militarne, terrorystyczne i ideologiczno-religijne, nabywając doświadczeń i umiejętności przydatnych w walce. Wielu z nich wraca później do swych krajów, niosąc tam zarzewie islamskiego ekstremizmu i terroryzmu. W ten sposób ideologia dżihadu – jeszcze dwie dekady temu mająca w istocie charakter ekskluzywnego „wyznania dla wtajemniczonych”, ograniczająca się do relatywnie niewielkich grup, działających w ukryciu (głównie w krajach muzułmańskich) – w połowie ub. dekady zaczęła rozprzestrzeniać się żywiołowo na całym świecie. Również w państwach Zachodu zaczęły powstawać islamistyczne komórki, złożone z mieszkających tam radykalnych muzułmanów, co stanowiło nowość w działalności struktur dżihadystycznych operujących w krajach zachodnich. Dotychczas ich aktywność opierała się niemal wyłącznie na przybywających z zewnątrz bojownikach, którzy mieli określone zadania do wykonania. Tak było w przypadku zamachów w USA w 2001 roku i w Hiszpanii w 2004 roku. Dzisiaj zagrożenie islamskim terroryzmem na Zachodzie pochodzi głównie „z wewnątrz”. Pierwszym przykładem tej zmiany stały się zamachy w Londynie z lipca 2005 roku, przeprowadzone przez „miejscowych” muzułmanów, pochodzących z dobrze sytuowanych materialnie i społecznie rodzin, od pokoleń mieszkających w Anglii. Najnowszymi przykładami (jednymi z wielu) wewnętrznych zagrożeń tego typu są operacje terrorystyczne podjęte przez braci Tsarnajew w Bostonie (2013) czy braci Kouachi w Paryżu (2015). W każdym z tych przypadków zamachy dokonywane były przez obywateli państw, w których te ataki przeprowadzano. Za każdym razem incydent taki był zaskoczeniem dla lokalnych służb bezpieczeństwa.

Perspektywy

Rozprzestrzenienie się ideologii radykalnego sunnickiego islamu, wraz z pojawieniem się w 2014 roku nowej, znacznie brutalniejszej generacji struktur i bojowników dżihadu w postaci tzw. Państwa Islamskiego (Islamic State, IS) i jego kalifatu – stanowią całkowicie nową jakość w wojnie z islamskim fundamentalizmem. Mamy niewątpliwie do czynienia z przełomem w kilkunastoletniej wojnie, który nie jest jednak korzystny dla zachodniego świata.

Państwa Zachodu stoją dziś w obliczu realnego wzrostu zagrożenia terrorystycznego ze strony islamskich radykałów. Jest to zagrożenie o zupełnie nowym charakterze, odmiennym od dotychczasowego, bo pochodzącym z wewnątrz: od społeczności muzułmańskich, żyjących w krajach zachodnich i pozornie już dostatecznie zasymilowanych. Zagrożenie to jest tym większe, że w praktyce nie sposób mu zapobiec – działania pojedynczych „szahidów” lub małych grup ekstremistów są niemal niemożliwe do wykrycia przez służby państwowe odpowiedzialne za bezpieczeństwo.

Co więcej, taka sytuacja wymusi nieuchronnie zaostrzenie polityk i działań antyterrorystycznych (prewencyjnych) ze strony właściwych władz, służb i instytucji bezpieczeństwa państw zachodnich. Zmiana strategii i taktyki islamskich radykałów, głównie tych powiązanych ideologicznie i organizacyjnie z IS, musi wywołać stosowną reakcję służb i sił bezpieczeństwa. Jednym z najbardziej widocznych i odczuwalnych na co dzień skutków takich zmian będzie jednak dalsze zawężenie pola swobód i wolności obywatelskich zwykłych mieszkańców USA czy krajów europejskich (szczególnie UE). Wzrost efektywności terrorystów oznacza także zwiększenie kompetencji służb i instytucji zarządzających bezpieczeństwem państw, co skutkuje intensyfikacją stosowania takich kontrowersyjnych metod i środków, jak inwigilacja, podsłuchy itd. Co oczywiste, jednym z pierwszych celów takiej wzmożonej inwigilacji staną się społeczności muzułmańskie, żyjące w krajach Zachodu, co tylko wzmocni ich poczucie wyobcowania oraz zwiększy podatność ich członków na radykalne hasła i ideologie.

Rekomendacje

  1. Państwa zachodnie powinny jak najszybciej dostosować strategię walki z islamizmem do obecnych realiów. Po 14 latach zmagań widać, że obok akcji militarnych konieczny jest także wzmożony wysiłek na polu walki psychologicznej, propagandowej i medialnej (szczególnie z użyciem mediów społecznościowych), a także w postaci szerokich działań ekonomicznych, społeczno-kulturowych i politycznych.
  2. Zachód – a zwłaszcza państwa Unii Europejskiej – powinny wdrożyć wobec regionu Bliskiego Wschodu (a szerzej: całego świata islamu) realistyczną politykę i strategię działań, opartą o faktycznie zachodzące w tych częściach świata procesy i wydarzenia. Bezkrytyczne poparcie dla każdej „demokratycznej rewolucji” w regionie bliskowschodnim i trzymanie się aksjomatu zaprowadzania tam demokracji wydają się w obecnych warunkach działaniami pozbawionymi racjonalnych podstaw, a do tego sprzecznymi z interesami i celami Zachodu. Jak pokazał przykład Egiptu, realna demokracja w tej części świata może oznaczać władzę islamskich radykałów, zdobytą dzięki wykorzystaniu urn wyborczych. Z kolei casus Tunezji pokazuje, że nadmierna liberalizacja prawa i polityki państwa w duchu szczytnych haseł demokracji ułatwia działania islamskim fanatykom, zwiększając w efekcie poziom zagrożeń terrorystycznych.
  3. W takiej rzeczywistości rośnie ranga dialogu z umiarkowanymi środowiskami muzułmańskimi, zarówno tymi działającymi wśród islamskiej diaspory na Zachodzie, jak i w samym świecie islamu. To bez wątpienia trudny i skomplikowany proces, nie sposób jednak pominąć tej próby nawiązania porozumienia i współpracy na rzecz zwalczania radykalizmu religijnego wśród wyznawców Allaha.
  4. Kraje zachodnie, głównie europejskie, powinny zintensyfikować także wysiłki na rzecz neutralizacji na swym terenie zagrożeń ze strony tzw. homegrown terrorists – czyli muzułmanów, którzy żyjąc na Zachodzie, stają się po radykalizacji religijnej i ideowej ekstremistami i terrorystami. W ramach tego wymiaru walki z islamizmem mieści się także zwalczanie „turystyki terrorystycznej” na Bliski Wschód, co powinno odbywać się poprzez zacieśnianie współpracy właściwych służb i instytucji (np. w ramach UE) oraz pełną wymianę informacji między zainteresowanymi państwami. Unia musi skupić się na wspólnej walce z zagrożeniem terrorystycznym, w przeciwnym razie coraz częściej dochodzić będzie w Europie do ataków takich jak w Paryżu czy Kopenhadze.

Autor: Tomasz Otłowski, Senior Fellow Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego

Zdjęcie: Andrea Booher, FEMA Photo Library

Pobierz artykuł w formacie PDF.