Jakub Gajda w Nowej Europie Wschodniej o relacjach tadżycko-uzbeckich w artykule „Zapora dla odwilży”

Jakub Gajda w Nowej Europie Wschodniej o relacjach tadżycko-uzbeckich w artykule „Zapora dla odwilży”

Tadżykistan ma szansę już wkrótce przestać być jednym z biedniejszych państw świata. Uniemożliwia mu to jednak stanowisko Uzbekistanu.

Od kilkunastu miesięcy władze państw Azji Centralnej mają świadomość, że tzw. Państwo Islamskie (ISIS) ze swoją takfirystyczną i groźną ideologią jest poważnym zagrożeniem dla porządku w regionie. Wspólny wróg – wywrotowy i bezkompromisowy twór, mający na celu narzucenie nowej wizji świata – sprawił, że m.in. władze uzbeckie i tadżyckie zaczęły poważniej myśleć o konieczności naprawy dwustronnych relacji. To jednak wcale nie takie proste, ich stosunki są napięte od rozpadu Związku Radzieckiego.

Zimne ocieplenie

Widzialnym znakiem „lekkiej odwilży” w relacjach Duszanbe i Taszkentu było spotkanie międzyrządowej komisji ds. współpracy gospodarczej, które odbyło się w stolicy Tadżykistanu w dniach 22-24 czerwca. Było to pierwsze od niemal sześciu lat posiedzenie dwustronnej komisji, co świadczy o zaistnieniu względnie dobrej atmosfery do prowadzenia rozmów.

W zeszłym roku doszło do innego wydarzenia: uzbecki prezydent Islam Karimow pierwszy raz od sześciu lat odwiedził Tadżykistan. Miało to miejsce przy okazji szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Z kolei na początku bieżącego roku podjęte zostały pierwsze nieśmiałe kroki w celu przywrócenia połączeń lotniczych i liberalizacji reżimu wizowego dla obywateli obu krajów. Wydawało się, że wszystko zmierza w dobrą stronę. Pod koniec lipca tadżycki minister energetyki i zasobów wodnych Osmanali Osmanzada oświadczył nawet, że Uzbekistan nie ma już żadnych zastrzeżeń do projektu budowy hydroelektrowni w Rogunie. Było to oświadczenie nieoczekiwane i dające nadzieję na pomyślne rozwiązanie najpoważniejszej przeszkody stojącej od wielu lat na drodze do unormowania bilateralnych relacji.

Odpowiedź na oświadczenie tadżyckiego ministra wystosowana 1 sierpnia przez uzbecki MSZ była jasna i konkretna: „Uzbekistan nigdy i w żadnym razie nie zdecyduje się na wsparcie tego projektu.” Na prawdziwą odwilż nie ma zatem co liczyć.

Szansa na lepszy Tadżykistan

Według wstępnego projektu zapora roguńska ma mieć 335 metrów wysokości, co uczyniłoby ją najwyższą w świecie. Obecnie drugą pod względem wysokości jest zapora nurecka, która znajduje się również na tadżyckiej rzece Wachsz. Szacuje się, że hydroelektrownia Rogun ma wytwarzać 3,2 lub 3,6 MW prądu rocznie – byłoby to dwukrotnie więcej niż produkuje się w Nurku. Tak duże dostawy z pewnością zlikwidowałyby przerwy w dostawach prądu w wielu miejscach w Tadżykistanie: niedobory energii wciąż stanowią normę w tym kraju, zwłaszcza w okresie zimowym. Duże nadwyżki, które powstałyby po uruchomieniu hydroelektrowni, można byłoby sprzedać do Afganistanu i Pakistanu. W 2019 roku ma zostać sfinalizowany projekt CASA-100 zakładający zbudowanie sieci przesyłowej tadżyckiej i kirgiskiej energii do Pakistanu via Afganistan. Zauważyli to w swym raporcie eksperci Banku Światowego, którzy również postrzegają Rogun jako ogromną szansę na wzbogacenie się wciąż najbiedniejszego państwa regionu.

Łakomy kąsek

Dla energetycznych planów tadżyckiego lidera Emomalego Rahmona fakty są jednak nieubłagane. Bez znacznego wsparcia inwestycyjnego z zewnątrz hydroelektrownia roguńska nie powstanie. Było to jasne od lat, jednak Rahmon sięgał po różne metody, aby poradzić sobie z najważniejszym w historii „projektem narodowym”. Z wielką pompą w 2009 roku ruszyła sprzedaż udziałów w roguńskim przedsięwzięciu, które mieli nabywać sami Tadżycy. Na rozlicznych bilbordach rozstawionych w całym kraju prezydent przekonywał, że naród tadżycki solidarnie może dokonać wielkiego cywilizacyjnego skoku. O korzyściach z budowy hydroelektrowni nieustannie donosiły tadżyckie media.

Zgromadzone w wyniku ogólnonarodowej akcji 200 milionów dolarów to spektakularny sukces – zważywszy na nieliczną i biedną populację środkowoazjatyckiego państwa. Problem polega jednak na tym, że gwarancję finalizacji inwestycji może dać kwota w wysokości minimum… 2 miliardów dolarów. Brakuje zatem sporo, a z państwowego budżetu wygospodarować można niewiele. Rahmon musi szukać pieniędzy na zewnątrz,  bo inaczej Rogun stanie się wyłącznie ideą przeznaczoną dla przyszłych pokoleń.

Swoją drogą hydroelektrownia to bardzo łakomy kąsek dla zagranicznego kapitału. Skala projektu jest wielka i mogłaby w przyszłości przynieść inwestorom zarówno pieniądze, jak i międzynarodowy prestiż. Nie kwapią się oni jednak ze wsparciem tadżyckiego projektu ze względu na stanowisko Uzbekistanu. Żaden rozsądny aktor stosunków międzynarodowych nie chce stanąć po jednej ze stron w tadżycko-uzbeckiej wodnej dyspucie.

Dlaczego nie?

Strona uzbecka kwestionuje budowę najwyższej na świecie zapory wodnej, ponieważ znajdowałaby się ona na terenie sejsmicznym i w razie poważnego trzęsienia ziemi, uszkodzenie zapory może doprowadzić do potężnej powodzi – jej ofiarą padłby także Uzbekistan. Drugim i ważniejszym argumentem jest fakt, że podczas napełniania gigantycznego zbiornika na rzece Wachsz, wody spływające do Amu Darii obniżą znacznie poziom, co będzie miało bardzo negatywne konsekwencje dla uzbeckich pól bawełny, której Uzbekistan jest jednym z największych producentów na świecie. Duszanbe zapewnia z kolei, że nie ma powodów do obaw, gdyż zamierza napełniać zbiornik powoli i przez wiele lat.

Budowa zapory stanęła w 2012 roku, by Bank Światowy mógł zbadać wpływ projektu na środowisko oraz, czy spełnia on standardy bezpieczeństwa. Dwa lata później BŚ opublikował raport, według którego ryzyko związane z budową zapory w Rogun jest niewielkie. Strona uzbecka nie przyjmuje jednak tych argumentów.

Zważywszy na wagę projektu dla Duszanbe i twarde stanowisko Taszkentu należy spodziewać się, że w najbliższym czasie o rzeczywistym tadżycko-uzbeckim zbliżeniu można będzie jedynie pomarzyć.

Autor: Jakub Gajda

Zdjęcie: upyernoz, Flickr.com

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu Nowa Europa Wschodnia.