Jak zapobiec dalszemu dzieleniu się polskiego społeczeństwa, jakie to zagrożenie ze sobą niesie i jak załagodzić trwający w naszym kraju spór polityczno-społeczny? O tych i innych sprawach dyskutowali uczestnicy debaty zorganizowanej przez Centrum Zimbardo ds. Rozwiązywania Konfliktów WSIiZ i Fundację Pułaskiego.

Pomysłodawcą debaty, która została przeprowadzona w czwartek w Warszawie, był prof. Philip Zimbardo, amerykański psycholog włoskiego pochodzenia, profesor Uniwersytetu Stanforda, znany z przeprowadzenia tzw. eksperymentu więziennego, a także założyciel i patron działającego od dwóch lat jedynego w Polsce Centrum Zimbardo. Do zorganizowania dyskusji zainspirował go trwający w Polsce konflikt społeczno-polityczny, który staje się coraz bardziej ostry, a przy tym coraz mniej merytoryczny.

Efekt Lucyfera

– W demokracji musi być konflikt. Musi być dyskusja. Na pewnym poziomie może być pozytywna, ale z czasem może stać się destrukcyjna. Powinniśmy więc zastanowić się nie tyle nad tym, jak zakończyć trwający w Polsce konflikt, ale w jaki sposób możemy go załagodzić, by nie przerodził się w tzw. efekt Lucyfera (termin wprowadzony przez pof. Zimbardo, określający przemianę charakteru człowieka z dobrego na zły, w związku z przebywaniem w określonym środowisku – dop. aut.) – zaczął moderujący debatę dr Maciej Milczanowski, lider Centrum Zimbardo ds. Rozwiązywania Konfliktów WSIiZ, ekspert Fundacji Pułaskiego.

– Czy świadomość takiego zagrożenia, eskalowania konfliktu, wykorzystywanie go politycznie, co może mieć bardzo negatywne konsekwencje dla społeczeństwa, dociera do świata polityki? Czy też głównym motorem działań jest tylko walka polityczna, a te zagrożenia traktujemy jako wirtualne i niemożliwe do zrealizowania? – pytał dr Milczanowski.

Głos w tej sprawie zabrał prof. Andrzej Zybertowicz, historyk, socjolog, publicysta, były doradca społeczny prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, a od 2005 roku – doradca prezydenta Andrzeja Dudy. – Proszę, rozstańcie się ze złudzeniem, czasami lansowanym przez część dziennikarzy, a jeszcze częściej przez środowiska akademickie, że politycy to głupcy i nie wiedzą, co robią. Nawet jeśli politycy głupio wypadają w telewizji, zazwyczaj są świadomi tego, co robią i świadomi długofalowych konsekwencji swoich posunięć. Jeżeli ktoś jest politykiem przez wiele lat utrzymującym się na powierzchni, należącym do wąskiego grona grup wywierających istotny wpływ na funkcjonowanie państwa, to ma opanowany szereg technik manipulacyjnych i można powiedzieć, że w większości przypadków jest lepszym psychologiem, niż większość psychologów, bo ci wiedzą, jakie są korelacje wyników eksperymentów laboratoryjnych, ale gdyby mieli uczestniczyć w rzeczywistej grze frakcji partyjnych i walce o władze, odpadliby na pierwszym zakręcie – stwierdził prof. Zybertowicz.

Podział na „my” i „oni”

– Nie wiem, czy byśmy odpadli, ale na pewno jesteśmy łagodniejsi w wypowiadaniu sądów w polityce – ripostowała dr Katarzyna Stasiuk, psycholog z Centrum Zimbardo ds. Rozwiązywania Konfliktów w WSIiZ w Rzeszowie. – Zastanawiając się nad tym, co powoduje, że konflikty narastają, jednym z podstawowych mechanizmów są procesy kategoryzacji społecznej, czyli dzielenia ludzi na”my” i”oni”. Na grupę własną i obcą. Te procesy niosą ze sobą daleko idące konsekwencje. Wiąże się z tym postrzeganie tej grupy obcej jako grupy jednorodnej. To jest trochę na zasadzie – wszyscy z PiS-u są tacy sami, wszyscy z PO są tacy sami, wszyscy politycy czy wszyscy psychologowie też są tacy sami – tłumaczyła.

– Przy tym jest tendencja do faworyzowania grupy własnej, a przy tum podnoszeniu jej oceny, a z drugiej strony obniżaniu oceny grupy obcej. Poza tym jeżeli grupa obca zachowa się w sposób negatywny, to przypisujemy przyczyny tych zachowań cechom tej grupy. Ale jeżeli zrobi to nasza grupa, przypisujemy przyczyny tych zachowań do danej sytuacji. Te procesy przyczyniają się do pogłębiania podziałów w społeczeństwie. Politycy nie powinni do tego dopuszczać. Ale tego nie robią – dodała dr Stasiuk.

Zbigniew Pisarski, prezes Fundacji Pułaskiego, drugi z moderatorów debaty, nawiązał do polityki Władimira Putina. Nie mając wątpliwości, że gra prezydenta Rosji polega na rozbijaniu Unii Europejskiej i jedności Zachodu oraz oddziaływaniu na konflikty różnych państw europejskich, zastanawiał się, czy wewnętrzny spór w Polsce przeważa nad poczuciem zagrożenia ze strony Kremla, ułatwiając być może działania Rosji.

Podcinamy gałąź, na której siedzimy

– Wydaje mi się, że ocena naszych wewnętrznych zagrożeń, którzy sami sobie stwarzamy, jest o wiele trudniejsza niż zagrożeń dochodzących do nas z zewnątrz, niezależnych od nas. Sama konkurencja polityczna i rywalizacja nie jest czymś złym. Jest istotą społeczeństwa. Problem pojawia się wtedy, gdy poziom tego sporu osiąga punkt krytyczny i przechodzi w zażarty konflikt. Niezwykle trudno jest nam go ocenić. Im bardziej bowiem badamy swój własny konflikt, tym bardziej sobie uświadamiamy, że podcinamy gałąź, na której siedzimy i zaczynamy się bać, że zaraz spadniemy i zaczynamy mieć coraz większą tego świadomość. Jest to dla nas stresujące, przykre i zniechęcające. Zwłaszcza, kiedy zdajemy sobie sprawę, że strony skonfliktowane wcale nie oczekują tej obiektywnej oceny – stwierdził prof. Stanisław Koziej, generał brygady WP, były wiceminister obrony narodowej i szef BBN.

Stanisław Koziej uważa, że sami się w ten sposób osłabiamy. I wtedy ktoś z zewnątrz nie tylko to wykorzystuje, ale także kreuje dodatkowe konflikty i świadomie je potęguje. Jak sobie radzić z takimi zagrożeniami?

– Bezpiecznikiem, chroniącym nas przed przekraczaniem punktu krytycznego, może być prawo i kultura prawna. Poza tym wydaje się, że jeżeli są dwie strony tak zażartego konfliktu, jak obecnie w Polsce, prowadzonego już właściwie z zamkniętymi oczami, to żadna z tych stron nie jest w stanie wygenerować racjonalnego rozwiązania. Trzeba więc szukać trzeciej opcji, która będzie stać niejako na straży. Moim zdaniem mogłyby nimi być media, organizacje pozarządowe, kościół, niezależne autorytety, środowiska akademickie czy wreszcie jakieś niezależne podmioty zewnętrzne – wyliczał były wiceminister obrony narodowej.

Rozwiązanie w pięciu krokach

Dr Paweł Kowal, były sekretarz stanu w MSZ, poseł na Sejm RP i europoseł, historyk i publicysta, opracował z kolei pięć kroków, które pozwoliłyby rozwiązywać konflikty i wynikające z nich krytyczne sytuacje. – Pierwszy to racjonalizowanie konfliktu: powiedzieć otwarcie, że jest to typowe dla demokracji, że konflikt musi być. Drugi krok: przedstawienie konfliktu jako szansy, że dzięki temu każdy może się wypowiedzieć. Po trzecie: trzeba przejść do rzeczy, czyli sparametryzować ten spór. I tu ograniczeniem jest kultura polityczna, której mamy niedosyt, a to jest rzecz, której nie można kupić na targu, tylko wypracować. Drugim problemem jest to, że polityka nie jest postrzegana przez pryzmat instytucji, a osób. Czwartym krok to ograniczenie konfliktu, poprzez odwołanie się do kategorii w Polsce pogardzanej, czyli kategorii dobra wspólnego. Krokiem piątym jest cierpliwość: warto poczekać, bo wszystko przyjdzie z czasem – wyliczał Paweł Kowal, który proponował też, by opracować w Polsce podręcznik kultury politycznej i wprowadzić go do szkół.

Z receptą Pawła Kowala polemizował z kolei Paweł Zalewski, historyk, przedsiębiorca, poseł na Sejm RP i do Europarlamentu. – Podoba mi się te pięć kroków, ale one są nieadekwatne do sytuacji w Polsce. Bo to nie jest tak, że Polacy chcą się ze sobą kłócić, że wszyscy politycy idą do telewizji właśnie po to. Sam często nawet z niektórymi z nich, z którymi mogę, zawieram pakt o obniżeniu tonu agresji. Problem nie polega na tym, że ta wojna, którą teraz mamy, wynika z tego, że Polacy tacy już są. Ona jest celowo wypowiedziana, to jest pomysł na politykę. Pan prof. Zybertowicz słusznie powiedział, że politycy mają szereg instrumentów do manipulowania, a pani dr Stasiuk przedstawiał ich istotę, bo tak właśnie jest.

Tylko to nie dzieje się dlatego, że polscy politycy nie potrafią inaczej, ale dlatego, że w pewnym momencie ta wojna została świadomie wywołana, a jej istotą jest doprowadzenie do tego, że nie mamy do siebie zaufania – mówił Zalewski. – Bogu dzięki, żeśmy poszli jednak do przodu od czasów sejmików powiatowych, kiedy to spory polityczne rozwiązywało się ciosami szabel – dodał.

Jak kłótnia w rodzinie

Po pytaniach od publiczności debatę podsumował prof. Zimbardo, będący akurat w USA, z którym organizatorzy dyskusji połączyli się poprzez Skype’a. – Kluczowe w rozwiązywaniu konfliktów jest używanie języka dążącego do pokoju, który umożliwi wyciszenie sporu. Należy też słuchać swoich oponentów, mając przy tym otwarte umysły. Konflikt w Polsce między PiS-em a opozycją jest jak kłótnia w rodzinie. Biorąc w nich udział zamykamy się na głosy innych i je ograniczamy. Nie powinniśmy do tego dopuszczać. I nie można przy tym zabierać głosu jednostce – stwierdził prof. Zimabrdo.

(jb)

Źródło: ONET.PL

Zdjęcie: ONET.PL