Libia – północnoafrykańskie „jądro ciemności”

Libia – północnoafrykańskie „jądro ciemności”

Gdy w kwietniu br. prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama, w wywiadzie udzielonym jednej z amerykańskich stacji telewizyjnych, otwarcie przyznał się do prowadzenia błędnej polityki wobec Libii po upadku reżimu Muammara Kaddafiego w 2011 roku, opinia publiczna w USA (i szerzej, na całym Zachodzie) ponownie zwróciła uwagę na sytuację w tym kraju. Tym bardziej, że mijała właśnie piąta rocznica wybuchu krwawej rewolty libijskiej, która – jako część tzw. arabskiej wiosny – na trwałe zmieniła sytuację w tym północnoafrykańskim państwie.

Bez wątpienia Libia jest po tych pięciu latach „czarną dziurą” regionalnego bezpieczeństwa i jednym z trzech (obok Syrii i Jemenu) najbardziej zdestabilizowanych państw regionu MENA (Middle East & North Africa, Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej). Wciąż, pomimo formalnych uzgodnień na forum ONZ, podzielona na dwa zażarcie zwalczające się obozy polityczne (z odrębnymi rządami i parlamentami: w Tobruku i Trypolisie), targana licznymi konfliktami etnicznymi, plemiennymi i wyznaniowymi – Libia stała się de facto klasycznym państwem upadłym, gdzie brak efektywnej władzy centralnej rodzi chaos i anarchię, w których świetnie czują się różnej maści ekstremiści i zwykli bandyci. Sytuację tę wykorzystują zarówno dżihadyści z Al-Kaidy i z Państwa Islamskiego (IS), jak też różnego typu organizacje i struktury przestępcze, dla których najważniejszym źródłem dochodów stopniowo staje się przemyt nielegalnych migrantów do Europy. W wielu przypadkach działalność tych „cywilnych” grup przestępczych, zwłaszcza przemytniczych, przenika się ściśle z aktywnością struktur dżihadystycznych, tworząc swoistą sieć współzależności i powiązań. Sytuacja taka jest charakterystyczna dla całej Afryki Północnej i Subsaharyjskiej, w wyjątkowo niekorzystny sposób wpływając na poziom bezpieczeństwa państw położonych w tych regionach i promieniując destabilizacją na dalej położone obszary Czarnego Lądu, Bliskiego Wschodu czy nawet Europy.

Dżihad w natarciu

Libia już od lat 90. ub. wieku pozostawała krajem wyjątkowo podatnym na działalność ugrupowań radykalnego islamu. Wynikało to w głównej mierze z jej ukształtowania geomorfologicznego, zwłaszcza zaś południowego interioru (pustynie i półpustynie), a także korzystnego położenia tego kraju w regionie. Z południowych, bezludnych i trudno dostępnych obszarów Libii blisko było zarówno do masywów górskich południowej Algierii, będących ostoją islamistycznej partyzantki z Islamskiej Grupy Zbrojnej, jak i terytoriów Nigru, Czadu, Sudanu (pogrążonego w krwawej wojnie domowej, o jawnie religijnym – antychrześcijańskim – podtekście) czy wreszcie Egiptu, z jego wiecznie niepokornymi islamistami z Bractwa Muzułmańskiego czy Islamskiego Egipskiego Dżihadu. Egipscy dżihadyści często znajdowali schronienie po libijskiej stronie granicy, skutecznie przenosząc radykalny islam do Libii. Brutalność i bezwzględna skuteczność libijskich służb bezpieczeństwa trzymała dżihadystów (zwłaszcza rodzimych) w ryzach, zmuszając ich do działania poza granicami swego kraju. Nie dziwi zatem fakt, że obywatele Libii stanowili jeden z największych „kontyngentów narodowych” w szeregach organizacji islamistycznych walczących w sąsiedniej Algierii, Iraku (po 2003 roku), na Synaju, w Jemenie, a nawet w Afganistanie i Pakistanie. Po 2011 roku Libijczycy tłumnie zasilili również szeregi struktur radykalnego dżihadu w Syrii, a także w samej Libii, gdzie po wybuchu autentycznie oddolnych, spontanicznych protestów i demonstracji szybko zostały one „przejęte” i zawłaszczone politycznie przez religijnych radykałów. Podobnie jak w Egipcie, a później w Syrii, także w Libii okazało się, że najlepiej zorganizowanymi i najsprawniejszymi strukturami były te powiązane z dżihadem i to one przejęły dalsze kierowanie rewolucją.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Choć na Zachodzie – który walnie przyczynił się do obalenia władzy Kaddaffiego – usiłowano wprowadzać nowe kategorie odnoszące się do klasyfikacji i podziału zwolenników radykalnego islamu w Libii (i nie tylko) na „umiarkowanych” i „radykalnych”, to sprawa była oczywista. U bram Europy, w okolicy jej „miękkiego podbrzusza”, jakim są słabe w większości państwa UE basenu Morza Śródziemnego (zwłaszcza tzw. PIGS), powstało centrum islamskiego ekstremizmu, instytucjonalnie, organizacyjnie i kadrowo powiązane z Al-Kaidą. Coraz wyraźniej do głosu zaczęli dochodzić tam – podobnie jak w Syrii – islamiści najbardziej „radykalni” z „radykalnych”.

Sprawy w Libii przybrały jeszcze gorszy obrót, gdy późnym latem 2014 roku pojawiły się w tym kraju struktury tzw. Państwa Islamskiego. Ich żywiołowy rozwój doprowadził do całkowitej zmiany sytuacji operacyjnej i strategicznej w libijskim konflikcie – wojna ta stała się odtąd jeszcze bardziej chaotyczna i nieprzewidywalna, a jej ogólny obraz zaczął przypominać to, co dzieje się od kilku lat w Syrii. Bastionem IS w Libii stała się Syrta w środkowej części śródziemnomorskiego wybrzeża kraju, skąd islamiści z kalifatu prowadzą działania ofensywne na wschód, zachód i na południe, dążąc do powiększenia swojego terytorium, w czym coraz skuteczniej przeszkadza im gen. Khalifa Haftar i jego zaprawione w walkach siły zbrojne. Formacje Państwa Islamskiego cały czas toczą też zacięte boje (walcząc z innymi grupami islamistycznymi, wiernymi Al-Kaidzie) o Dernę we wschodniej Libii. To miasto ma dla IS rangę symbolu – to tam latem 2014 roku pojawił się pierwszy emisariusz Państwa Islamskiego, z oficjalnym namaszczeniem samego kalifa Ibrahima, mając zadanie budowy struktur kalifatu w Libii (to właśnie w Dernie powstała wówczas pierwsza „kolonia” kalifatu poza Lewantem – jego pierwsza oficjalna zamorska prowincja: Wilajet al-Barqa). Jednak Derna to także miasto o znacznie głębszej symbolice dla islamistów, wynikającej z jego historii: ośrodek ten powstał u schyłku XV w., założony przez muzułmańskich uchodźców z Kordoby – ostatnich Maurów, wypędzonych z Iberii po ostatecznym zwycięstwie chrześcijańskiej rekonkwisty. Dla IS zajęcie tego miasteczka miało więc znaczenie niemalże mistyczne, pokazując jednocześnie wolę i determinację na rzecz odwrócenia historii podyktowanej islamowi pół tysiąca lat temu.

Islamiści z IS podchodzą to zadania budowy swych struktur w Libii niezwykle poważnie. W ciągu zaledwie niespełna dwóch lat swej aktywności w tym kraju stali się już jednym z najważniejszych aktorów libijskiego dramatu, a ich pozycję i znaczenie najlepiej oddaje fakt, iż oficjalnie ustanowili kolejne dwie prowincje (wilajety), obejmujące swym zasięgiem cały obszar Libii: prócz wspomnianej al-Barqi (Cyrenajki), są to także al-Tarabulus (Trypolitania) na zachodzie kraju i al-Fizzan (region Fazzan) na pustynnym południu. Obecnie struktury IS dążą do przejęcia kontroli nad kolejnymi ważnymi ośrodkami na wybrzeżu Libii (m.in. Sabratą, głównym punktem przerzutowym migrantów do Europy). Sprzyja im pogłębiający się konflikt w kraju. W sytuacji narastającego politycznego i militarnego chaosu zdyscyplinowane, doświadczone, dobrze zmotywowane i nieźle uzbrojone oddziały IS stanowią siłę, która w zasadzie nie ma sobie równych w kraju – przynajmniej tak długo, jak długo trwać będzie wyniszczająca wojna domowa. Kolejne sukcesy bojowników kalifatu w Libii są zatem tylko kwestią czasu. Warto odnotować w tym kontekście, że na razie libijskie siły Państwa Islamskiego składają się w większości z bojowników pochodzących spoza tego kraju. Można być jednak pewnym, że dalsze trwanie i rozwój „zamorskich” prowincji kalifatu w Libii skutkować będzie systematycznym wzrostem napływu rodzimych ochotników w szeregi IS, a tym samym – dalszą radykalizacją społeczności tego kraju i postępującym zwiększaniem się panującego w nim chaosu.

Taki scenariusz jest tym bardziej możliwy, że polityczne rozwiązanie sytuacji w tym kraju wydaje się póki co wciąż bardzo odległe. Rozmowy pokojowe, mające zakończyć konflikt w Libii, trwają już od wielu miesięcy, lecz mimo formalnych postępów notowanych w zaciszu gabinetów dyplomatycznych, realne perspektywy na rozwiązanie sporu są wciąż niewielkie. Niewiele jak na razie zmienia tu fakt powstania – pod egidą ONZ – tzw. Rządu Porozumienia Narodowego, kierowanego przez premiera Fajezza as-Sarradża. Dotychczasowe ośrodki władzy w kraju – każdy uważający się za jedyny legalny – solidarnie wystąpiły przeciwko temu trzeciemu, namaszczonemu międzynarodowym poparciem i dążącemu do objęcia pełni władzy w kraju. Pozycję dotychczasowych „gabinetów” umacnia fakt, iż dysponują one realną siłą militarną. Sytuację politycznego klinczu i głębokiego kryzysu potwierdzają   wydarzenia na frontach .

Aktywność zarówno IS, jak i grup dżihadystycznych powiązanych z licznymi odgałęzieniami Al-Kaidy (nie tylko tymi rdzennie libijskimi, jak Ansar al-Sharia Libia czy Brygady Abu Salima) sprawiła, że dotychczasowy charakter libijskiej wojny nabrał nowej dynamiki, a do typowo plemienno-klanowych i etnicznych sporów i waśni doszły także te o znaczeniu religijnym (wyznaniowym). Realnemu pojednaniu skłóconych frakcji i zakończeniu wojny nie sprzyja też rola punktu przerzutu emigrantów, jaką Libia ponownie zaczęła od niedawna pełnić w regionie.

Libia jako główny afrykański punkt przerzutowy migrantów do UE

Sytuacja panująca w Libii sprawiła, że kraj ten w coraz większym stopniu staje się zarzewiem poważnych zagrożeń dla bezpieczeństwa już nie tylko swego najbliższego otoczenia międzynarodowego, ale i obszarów położonych znacznie dalej, w tym m.in. Europy. W tym ostatnim przypadku wyzwania i zagrożenia ze strony libijskiego chaosu polegają w głównej mierze na masowym, niemal przemysłowo zorganizowanym, napływie nielegalnych imigrantów, którzy właśnie przez Libię szturmują południowe rubieże Europy. W przeciwieństwie do Syrii – która stała się w piątym roku wojny domowej największym źródłem uchodźców i migrantów w regionie bliskowschodnim – Libia jest jedynie transportowym „hubem”, etapem pośrednim na drodze setek tysięcy mieszkańców Afryki Subsaharyjskiej i Wschodniej (zwłaszcza z tzw. Rogu Afryki) ku europejskiej „ziemi obiecanej”. Sami Libijczycy niemal w ogóle nie migrują do krajów Starego Kontynentu, są natomiast największymi beneficjentami zorganizowanego na masową skalę procederu przemytu ludzi do Europy. W aktywność tę – przynoszącą jej organizatorom i wykonawcom krociowe zyski – zaangażowane są wszystkie strony libijskiej wojny domowej, niezależnie od ich proweniencji politycznej, ideologicznej czy etnicznej. Wiele wskazuje na to, że podtrzymywanie obecnego chaosu w Libii jest wręcz na rękę poszczególnym partiom i ugrupowaniom, jako utrwalanie stanu zapewniającego dogodne warunki dla niezwykle intratnego przemytu ludzi (ale także np. narkotyków) do Europy. Według ocen władz włoskich, „biznes” przemytu ludzi do Europy stanowić już może nawet 10 proc. PKB Libii.

W 2015 roku tylko do Włoch dotarło – korzystając ze „szlaku libijskiego” – ponad 150 tys. imigrantów (dane oficjalne). Wydaje się to ilością relatywnie niewielką, zwłaszcza w porównaniu z masami migrantów, które w analogicznym okresie napłynęły do Europy tzw. szlakiem bałkańskim, ale należy pamiętać, że cała machina procederu przemytniczego po stronie libijskiej jest tak naprawdę dopiero w fazie rozruchu. Oznacza to, że wraz z upływem czasu należy spodziewać się znaczącego wzrostu liczby imigrantów z tego kierunku. Tym bardziej, że wobec wypracowanych przez UE i Turcję rozwiązań, mających ograniczyć napływ nielegalnych imigrantów do Europy z kierunku tureckiego, znaczenie Libii jako ośrodka przemytu ludzi na kontynent europejski z całą pewnością wzrośnie. Zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że każda  z osób chcących przedostać się z Libii do Europy płaci za tę „podróż” od 800 do 1000 dolarów

Rekomendacje

  1. Wspólnota międzynarodowa, a szczególnie państwa europejskie i USA, powinny jak najszybciej doprowadzić do politycznego przełomu w Libii, polegającego co najmniej na zakończeniu konfliktu między rywalizującymi ośrodkami w Trypolisie i Tobruku. Rząd Porozumienia Narodowego, powstały pod auspicjami ONZ, musi dostać jak największe i najszersze poparcie wspólnoty międzynarodowej, także – jeśli zajdzie taka konieczność – militarne. Bez osiągnięcia takiego stanu rzeczy nie będzie możliwa dalsza polityczna sanacja sytuacji w Libii, a co za tym idzie – ustanowienie efektywnych struktur państwowych i administracyjnych, zarządzających krajem i jego bezpieczeństwem.
  2. Bez politycznego przełomu nie będzie również szans na zahamowanie procederu przemytu ludzi do Europy. UE musi natychmiast realnie uszczelnić swą południową, morską granicę w basenie Morza Śródziemnego – przy czym musi to być zestaw działań mających na celu autentyczne zahamowanie migracji, a nie tylko jej logistyczne „usprawnienie” i poddanie biurokratycznym mechanizmom kontroli, jak ma to miejsce obecnie.
  3. Unijna „Operacja Tryton” – mająca formalnie charakter operacji ochrony zewnętrznych granic UE pod auspicjami agencji Frontex, a w rzeczywistości będąca misją humanitarną (tj. „ratowania” imigrantów płynących na zdezelowanych statkach lub wyławiania tych, którzy nie są w stanie sami dopłynąć do Europy) – jest co najmniej wysoce niedoskonała. Działające w jej ramach siły i środki kilkunastu państw europejskich (nie tylko z UE) są bowiem wykorzystywane de facto w roli pośredników w przemycie ludzi z Afryki do Europy. Unia Europejska musi szybko zmienić całościowe podejście do kwestii migracji z Afryki Północnej, jak i z Bliskiego Wschodu. W kontekście libijskim, należy przyjąć fundamentalną zasadę (i rozgłosić ją w całym Maghrebie), że łodzie z imigrantami będą zawracane na morzu i odholowywane/eskortowane z powrotem do Libii. Tylko takie działanie ze strony państw europejskich ukróciłoby w krótkim czasie przemytniczy biznes w Libii, pozbawiając go dochodów i czyniąc nieopłacalnym. Przemyt będzie bowiem kwitł w najlepsze tak długo, jak długo państwa UE będą imigrantów z Libii przejmować na pełnym morzu i samodzielnie transportować do ośrodków dla uchodźców w Europie.

Autor: Tomasz Otłowski, Senior Fellow Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego

Zdjęcie: Magharebia, Wikimedia Commons

Pobierz artykuł w formacie PDF.