KOMENTARZ PUŁASKIEGO: Syryjski teatr – przyczyny i konsekwencje zachodniego ataku rakietowego na Syrię

KOMENTARZ PUŁASKIEGO: Syryjski teatr – przyczyny i konsekwencje zachodniego ataku rakietowego na Syrię

Krótkotrwały i niezbyt dotkliwy atak koalicji USA, Francji i Wielkiej Brytanii na Syrię spowodowany był nie tyle domniemanym atakiem chemicznych w syryjskim mieście Duma, co koniecznością uniknięcia kryzysu wizerunkowego. Korzyścią związaną z tą operacją jest zacieśnienie związków euroatlantyckich, które przeżywały ostatnio kryzys. Może to potencjalnie wpłynąć negatywnie na politykę Rosji dotycząca północno-wschodniej Syrii. Kosztem jest natomiast utrata szansy na wyeliminowanie pośrednictwa rosyjskiego i podjęcie przez szeroko rozumiany Zachód bezpośrednich rozmów z Asadem.

Do ataku na trzy syryjskie obiekty związane z programem broni chemicznej tego kraju (laboratorium w rejonie Damaszku oraz punkt dowodzenia i magazyny broni chemicznej w rejonie Homs) doszło 14 kwietnia pomiędzy ok. 4 a 5 rano czasu lokalnego. Zgodnie z informacjami Departamentu Obrony USA w ataku wzięły udział samoloty B-1B lotnictwa Stanów Zjednoczonych, samoloty Tornado i Typhoon należące do lotnictwa Wielkiej Brytanii oraz francuskie myśliwce Rafale i Miarage 2000, a także okręty USS Laboon, USS Monterey, USS Higgins, USS John Warne operujące z morza Czerwonego, Zatoki Arabskiej i Morza Śródziemnego. Do zniszczenia celów siły sojuszników użyły 105 pocisków manewrujących (Tomahawk, SCALP EG/Storm Shadow, JASSM). Według rosyjskiego Ministerstwa Obrony Narodowej, syryjski system obrony powietrznej zniszczył ok. 70 pocisków, co jednak wydaje się wysoce nieprawdopodobną informacją (Departament Obrony USA wskazuje, iż żaden pocisk nie został zestrzelony).

Syryjski teatr

Aby wyjaśnić ostatni zachodni atak na Syrię należy zrozumieć specyfikę konfliktu w tym kraju. W Syrii mamy bowiem do czynienia z konfliktem, w którym aktorzy pierwszo- i drugoplanowi odgrywają swoje role, niekoniecznie zgodnie ze swoimi interesami i celami. Rosja udaje, że jest lojalnym sojusznikiem Asada oraz Iranu, co nie przeszkadza jej dawać „zielonego światła” Izraelowi na bombardowanie pozycji irańskich w Syrii. Władze w Iranie i Syrii milczą, choć zdają sobie sprawę, że nie było zbiegiem okoliczności to, że izraelski nalot na pozycje irańskie pod Damaszkiem (10 lutego br.) nastąpił niespełna dwa tygodnie po wizycie Netanjahu na Kremlu (29 stycznia br.). Syryjska obrona przeciwlotnicza, która rzekomo miała przechwycić część pocisków amerykańskich, jest zwykle bezsilna wobec izraelskich samolotów. Nie zareagowała również na naloty tureckie na Afrin, nawet gdy w ich wyniku zginęła niemal setka prorządowych bojowników NDF. Co ważne, Rosja nie jest zainteresowana zwycięstwem Asada w tej wojnie, gdyż wie, że póki walki trwają i Asad jest zagrożony to potrzebuje wsparcia Moskwy (gdyby wojna się skończyła to potrzebowałby przede wszystkim pieniędzy na odbudowę, których Rosja nie ma). Za to pozwalając Izraelowi na bombardowanie pozycji irańskich w Syrii może liczyć na wdzięczność nie tylko samego Izraela, ale również Arabii Saudyjskiej (Arabia Saudyjska już pokazała, że Rosja w tym zakresie nie jest w błędzie, zwiększając tam swe inwestycje). Zresztą Rosja jest równie niezainteresowana powstaniem „szyickiego półksiężyca” (połączenia logistycznego Iranu, Iraku, Syrii i Libanu) co Izrael, Arabia Saudyjska i Turcja, choć z nieco odmiennych powodów. Szyicki półksiężyc, poza wzmocnieniem regionalnej dominacji Iranu oraz zagrożenia dla Izraela ze strony Hezbollahu, oznacza bowiem alternatywny szlak tranzytowy surowców energetycznych, co byłoby bardzo niekorzystne dla Rosji i Turcji, ale potencjalnie korzystne dla Europy i Chin.

Choć Rosja uratowała Asada w 2015 r. nie oznacza to, że chce by wygrał on wojnę, z której czerpie ona korzyści. Co więcej, choć jakakolwiek próba obalenia Asada spotka się ze zdecydowanym protestem Rosji to gdyby USA skutecznie podjęły takie działania Moskwa mogłaby zostać beneficjentem takiego rozwoju sytuacji. Rosja od dawna bowiem ma uruchomione kanały negocjacyjne z dżihadystami syryjskimi nijako „za plecami” Asada oraz Iranu. Stosunek owych dżihadystów do USA jest natomiast jednoznacznie wrogi. Tak zwana. „opozycja” i „Wolna Armia Syryjska” to „byty wirtualne”, istniejące tylko w mediach zachodnich. Realnymi bytami są natomiast takie grupy jak Ahrar asz-Szam, Dżaisz al-Islam czy związana z al-Kaidą Hajat Tahrir asz-Szam. USA zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że obalając Asada wzięłyby odpowiedzialność za chaos jaki by nastąpił i że nie ma żadnej demokratycznej alternatywy (a ta niedemokratyczna zachowa się najprawdopodobniej tak jak dzihadyści w Libii, którzy zaatakowali konsulat USA w Bengazi i zamordowali ambasadora). W Libii Rosja, która była przeciw obaleniu Muamara Kadafiego najbardziej skorzystała na jego obaleniu i wszystko wskazuje na to, że w Syrii sytuacja byłaby jeszcze bardziej niekorzystna. USA udają więc, że istnieje jakaś opozycja i że Asada można obalić, choć doskonale wiedzą, że tak nie jest. Wymusza to jednak wejście w odpowiednią rolę w takich wypadkach jak domniemany atak chemiczny w Dumie.

Atak w Dumie

Nie ma żadnych niezależnych dowodów na to, że w Dumie rzeczywiście doszło do ataku chemicznego. Duma znajdowała się w tym czasie pod rządami Dżaisz al-Islam, które samo miało na swym koncie atak chemiczny na Kurdów w Aleppo. Z kolei tzw. „białe hełmy” wychwalane jako „niezależna organizacja humanitarna” są organizacją ściśle związaną z protureckimi dżihadystami i wspierają czystki etniczne przeprowadzane w Afrin przez Turcję. Turcja zresztą również została oskarżona przez Kurdów o atak chemiczny, ale wówczas świat zadowolił się twierdzeniem Turcji, że dowody zostały sfabrykowane a nagrania zainscenizowane. Problem w tym, że źródłem „obiektywnej wiedzy” o ataku w Dumie są właśnie „białe hełmy”, a druga strona używa dokładnie takich samych argumentów jak przed miesiącem Turcja.

Innym problemem z atakiem chemicznym w Dumie było to, że Asad nie miał nic do zyskania. Duma i tak by została przez niego odbita. Dużo do zyskania mogliby mieć natomiast dzihadysci gdyby USA zdecydowało się na poważny, a nie pozorowany, atak. Nie ma również żadnych dowodów na prawdziwość twierdzenia Rosji o tym, że była to prowokacja USA czy Wielkiej Brytanii. Skala odpowiedzi militarnej pokazuje, że nikt tu nie szukał pretekstu do ataku, wręcz przeciwnie. Logika sporu nakazała USA i Francji uznanie, że Asad jest winny ataku a nakręcenie retoryki wojennej stworzyło sytuację, gdzie brak jakiejkolwiek akcji oznaczałby wizerunkową porażkę i triumf Rosji. Paradoksalnie bardziej prawdopodobne jest to, że była to prowokacja rosyjska, choć na to też żadnych dowodów nie ma.

Wnioski

W wymiarze militarnym atak na Syrię nie będzie miał żadnych konsekwencji, gdyż w najmniejszym stopniu nie osłabił ani Syrii (militarnie), ani tym bardziej Rosji. Wręcz przeciwnie dał Rosji pretekst do zwiększenia swojego zaangażowania w tym kraju. W wymiarze politycznym jest jednak sukcesem Rosji, gdyż uniemożliwia Zachodowi podjęcie bezpośrednich negocjacji z Asadem za plecami Rosji (Rosja nie ma oporów w próbach układania się z „tradycyjnymi” sojusznikami USA).

USA i Francja powinny skorzystać z jedynej wartości jaką daje przeprowadzony atak na Syrię, tj. bliższej współpracy w sprawie Syrii. Tylko że powinna ona się koncentrować na tym obszarze, gdzie kraje te mają realnego – a nie wirtualnego sojusznika – tj. północno-wschodnią Syrię znajdującą się pod kontrolą Syryjskich Sił Demokratycznych, koalicji zdominowanej przez Kurdów. Dla Polski najbardziej niekorzystne jest natomiast postrzeganie Rosji jako pośredniczki w syryjskim konflikcie. Układy z Moskwą w sprawie Asada mogą prowadzić do koncesji na jej rzecz w naszej części Europy. Trzeba zerwać z tą logiką i zacząć działać dokładnie odwrotnie, tj. rozmawiać z Asadem i Iranem o Rosji a nie z Rosją o Iranie i Asadzie.

Autor: Witold Repetowicz, Research Fellow w programie Polityka Międzynarodowa Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego