KOMENTARZ PUŁASKIEGO: Zachodni atak na Syrię – aspekty polityczno-wojskowe

KOMENTARZ PUŁASKIEGO: Zachodni atak na Syrię – aspekty polityczno-wojskowe

W nocy z 13 na 14 kwietnia br. USA, Wielka Brytania i Francja dokonały ataku na syryjskie ośrodki w których prawdopodobnie mogła być produkowana broń chemiczna. Atak nastąpił po użyciu tej broni w zajmowanym przez rebeliantów syryjskim mieści Duma. Niewiele wskazuje jednak, aby atak ten przyniósł jakikolwiek przełom w trwającym od 2011 konflikcie.

Do ataku gazem (prawdopodobnie chlorem) doszło tydzień wcześniej, tj. 7 marca br., w jego wyniku śmierć ponieść miały co najmniej 43 osoby. Prezydent D. Trump bardzo szybko i w charakterystycznym dla siebie stylu zareagował na portalu Tweeter – dzień później stwierdził, że to Rosja i Iran są odpowiedzialne za wsparcie „zwierzęcia” Asada, by niedługo później dodać, że gdyby prezydent Obama respektował ustanowioną przez siebie czerwoną linię, prezydent Syrii byłby już historią. Natomiast gdy ze strony rosyjskiej wybrzmiałą zapowiedź strącenia wystrzelonych ewentualnie w kierunku sojusznika, czy też właściwie protegowanego, pocisków Trump stwierdził, iż Rosja powinna się na taką potrzebę przygotować „bo pociski nadlecą, nowe i inteligentne”. Wcześniej zapowiedź interwencji pojawiła się także w wypowiedzi prezydenta Francji oraz polityków brytyjskich – Zachód postanowił ukarać syryjskiego dyktatora za wydarzenia z Dumy, choć pytania o rzeczywiste sprawstwo, a także o skutek samego ostrzału pozostają otwarte.

Kwestia syryjskiej broni chemicznej

Do 2013 r. Syria nie była stroną konwencji o zakazie broni chemicznej, jednocześnie posiadała znaczne jej zapasy. Produkcja gazów bojowych trwała prawdopodobnie od lat 70. XX w. i osiągnęła wysoki poziom zaawansowania technologicznego, tj. produkowane były środki paralityczno-drgawkowe, nie zaś prymitywny z militarnego punktu widzenia chlor. We wspomnianym 2013 r., po kryzysie międzynarodowym związanym z użyciem broni chemicznej pod Damaszkiem i groźbą interwencji amerykańskiej, Syria przystąpiła do konwencji i (przynajmniej oficjalnie) zniszczyła posiadane zapasy gazów bojowych. Jednak deklaracje syryjskie nie muszą oddawać stanu faktycznego – w ciągu pięciu lat które minęły od tego momentu do ataków chemicznych dochodziło kilkukrotnie, najbardziej znanym jest przypadek Chan Szajchun z kwietnia ub. r., po którym to prezydent Trump zdecydował o przeprowadzeniu ataku na bazę syryjskich sił powietrznych w Szajrat. Jednocześnie trzeba pamiętać, że w ciągu kilku lat konfliktu w Syrii znaczne ilości nie tylko konwencjonalnego uzbrojenia wpadły w ręce zarówno tzw. Państwa Islamskiego, dawnego Frontu Al- Nusra (dziś Fath asz-Szam), będącego lokalną ekspozyturą Al Kaidy, jak i różnych ugrupowań rebelianckich. Co najmniej kilkukrotnie pojawiały się także doniesienia o użyciu chloru przez wspomniane Państwo Islamskie przeciwko oddziałom  kurdyjskim w Iraku, co wyraźnie unaocznia, że problem posiadania środków chemicznych w Syrii i Iraku jest szerszy i dotyczy nie tylko oddziałów wiernych prezydentowi Asadowi.

Militarny wymiar zachodniej interwencji

W trwającym półtorej godziny sobotnim ataku na Syrię wzięły udział Stany Zjednoczone, Wielka Brytania oraz Francja. Pociski samosterujące zostały wystrzelone z amerykańskiego krążownika i niszczyciela operujących na Morzu Czerwonym, bombowców B-1B, a także myśliwców F-15 i F-16, trzech francuskich fregat oraz myśliwców Rafale oraz brytyjskich Panavia Tornado GR4. Użyto pocisków kilku typów: Tomahawk, JASSM, MdCN, Storm Shadow/Scalp EG, być może również bomb kierowanych GBU-38 JDAM. Łącznie wystrzelonych miało zostać 103 pociski na cele zlokalizowane w pobliżu Homsu oraz Damaszku. Źródła syryjskie i rosyjskie donoszą, że część rakiet została strącona przez systemy obrony przeciwlotniczej, do celów miało dolecieć jedynie ok. 30 z nich, czemu oczywiście zaprzeczają źródła zachodnie. W wyniku ostrzału nikt nie zginął, zniszczona została jedynie infrastruktura.

W świetle wcześniejszych rosyjskich zapowiedzi zniszczenia wystrzelonych przeciwko Syrii rakiet należy stwierdzić, że Moskwa posiada takie zdolności jedynie w ograniczonym zakresie. Po pierwsze rozmieszczone w Syrii systemy S-300 i S-400, stanowiące kościec rosyjskiego systemu obrony powietrznej, są przeznaczone do zwalczania celów aerodynamicznych poruszających się na większych wysokościach niż ma to miejsce w przypadku pocisków manewrujących. Efektory obydwu systemów posiadają zdolność zwalczania pocisków balistycznych, jednak nie manewrujących, przynajmniej dopóki te nie znajdą się w odległości ok. 40-20+ km. Do zwalczania tych ostatnich mogłyby z powodzeniem zostać użyte systemy artyleryjsko-rakietowe Pancyr, również obecne w Syrii, jednak jak wszystkie systemy tej klasy na świecie są one przeznaczone do obrony celów punktowych, nie powierzchniowych, a zatem musiałyby zostać rozmieszczone w bezpośrednim sąsiedztwie (czyli maksymalnie również ok. 20 km) atakowanego obiektu. Po drugie należy wziąć pod uwagę efektywność kosztową obrony przed atakiem. W sytuacji gdy jego cele były mocno ograniczone, a doniesienia o ewakuacji i rozproszeniu co cenniejszych syryjskich zasobów pojawiały się w przestrzeni publicznej bezpośrednio po zapowiedziach Trumpa, należy wątpić czy Rosjanie faktycznie zamierzali podejmować jakiekolwiek działania.

Wnioski i perspektywy

W kilka godzin po ataku prezydent Trump oświadczył, że misja została zakończona, nawiązujący tym samym do słynnych słów prezydenta G.W. Busha o zakończeniu wojny w Iraku. Porównanie to nie wypada jednak korzystnie dla przywódcy supermocarstwa. Tak jak w roku 2003 Irak daleki był od ustabilizowania, tak samo trudno dziś mówić o zrealizowaniu jakichkolwiek celów w Syrii. Co więcej Zachód zdaje sobie dziś sprawę, że sukcesem nie byłoby samo wyeliminowanie Asada i obalenie kierowanego przez niego rządu, w takiej sytuacji powstałaby bowiem próżnia bezpieczeństwa, której nie byłaby w stanie wypełnić żadna z obecnych na scenie sił politycznych. Scenariusz taki nie jest możliwy także z uwagi na silną pozycję w Syrii Iranu, żywotnie zainteresowanego kontynuowaniem rządów alawickiej mniejszości, a także Rosji, równie mocno zainteresowanej trwaniem przychylnego jej rządu, gwarantującego dostęp do baz ze wschodniej części Morza Śródziemnego. Sytuację dodatkowo komplikuje turecka agresja na region Afrinu, co z kolei uniemożliwia silniejsze zaangażowanie w ewentualny proces pokojowy Kurdów. Przeprowadzony 14 kwietnia atak miał na celu jedynie przekaz polityczny, nie rozwiązanie jakiegokolwiek z problemów syryjskiej wojny, czy też raczej syryjskiego starcia mocarstw.

Autor: Rafał Ciastoń, Research Fellow w programie Bezpieczeństwo Międzynarodowe i Obronność Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego