KOMENTARZ PUŁASKIEGO: Północnokoreańskie détente?

KOMENTARZ PUŁASKIEGO: Północnokoreańskie détente?

14 marca 2018 r.

W ciągu ostatnich tygodni Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna co najmniej dwa razy zaskoczyła wspólnotę międzynarodową. Po raz pierwszy przy okazji zaproszenia prezydenta Republiki Korei Moon Jae-ina do złożenia wizyty w Pjongjangu, które to zaproszenie w imieniu północnokoreańskiego dyktatora dostarczyła jego siostra, Kim Jo Dzong, odwiedzająca Południe przy okazji ceremonii otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Drugim zaskoczeniem, a wręcz „szokiem”, było zaproszenie wystosowane przez Kim Dzong-una do prezydenta USA Donalda Trumpa. Wedle aktualnych doniesień do spotkania rzeczywiście dojdzie, choć nie zostały jeszcze dokładnie określone jego czas i miejsce.

Postulat wznowienia przez Koreańską Republikę Ludowo-Demokratyczną rozmów ze Stanami Zjednoczonymi był głównym postulatem z jakim w pierwszych dniach marca br. przybyła do Pjongjangu delegacja z Południa, której przewodniczył szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Chung Eui-yong, a w której skład wchodzili ponadto m.in. szef Narodowej Służby Wywiadu Suh Hoon oraz wiceminister ds. zjednoczenia Chun Hae-sung. Co niezwykle istotne, jak 6 marca br. podało biuro prasowe Błękitnego Domu, Kim Dzong-un miał przekazać członkom delegacji, że w agendzie rozmów z USA może znaleźć się kwestia denuklearyzacji, która była „wyrażonym na łożu śmierci” życzeniem jego ojca Kim Dzong-ila. Tego rodzaju oświadczenie może oznaczać zwrot o 180 stopni w podejściu reżimu do kwestii posiadania broni jądrowej, do tej pory bowiem Pjongjang utrzymywał, że status mocarstwa nuklearnego jest nienegocjowalny. Północnokoreański dyktator miał także zapewnić o powstrzymaniu się od przeprowadzania kolejnych testów balistycznych i jądrowych, co można oceniać jako swego rodzaju uzupełnienie do wcześniej cytowanego oświadczenia, a także wyraz oczywistego pragmatyzmu – trudno byłoby się zakładać możliwość spotkania z D. Trumpem, gdyby do tego rodzaju testów w najbliższym czasie doszło. Jednak język dyplomacji Pjongjangu różni się od języka dyplomacji większości państw i dopóki spotkanie nie odbędzie się trudno jednoznacznie ocenić jakie są oczekiwania reżimu względem niego, a co za tym idzie jakie rzeczywiste intencje przyświecają inicjatywie.

Do pierwszego w historii spotkania urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych z północnokoreańskim liderem ma dojść „do maja” br. Termin ten, a właściwie nadzieja co do takowego, wyrażony została w liście Kim Dzong-una do D. Trumpa, dostarczonym przez Chung Eui-yonga (delegacja Południa po zakończeniu rozmów w Pjongjangu złożyła bowiem wizytę w Waszyngtonie). Wcześniej, bo pod koniec kwietnia, w Panmundżonie dojdzie najprawdopodobniej do spotkania Kima z Moonem, które będzie trzecim spotkaniem liderów obydwu państw koreańskich (poprzednie dwa miały miejsce w 2000 i 2007 r.), a pierwszym przeprowadzonym poza Pjongjangiem. Wydaje się, że odwilż w stosunkach Północy z Republiką Korei i USA, zapoczątkowana zgodą na udział sportowców z tego kraju w igrzyskach w Pjongczangu oraz obietnicą reżimu dotyczącą powstrzymania się w czasie ich trwania od wszelkich prowokacyjnych zachowań, może trwać dłużej niż same igrzyska. Dobrym prognostykiem jest chociażby zgoda co do ustanowienia gorącej linii pomiędzy dwiema koreańskimi stolicami, do czego ma dojść jeszcze przed spotkaniem przywódców.

Możliwe przyczyny „zmiany kursu” Pjongjangu

Przekaz płynący z Północy jest z jednej strony zaskakujący, za takie należy bowiem uznać wspomniane już słowa o ostatnim pragnieniu poprzedniego lidera, a przede wszystkim o woli rozmów ze Stanami Zjednoczonymi o denuklearyzacji bez żadnych warunków wstępnych oraz zapewnienie, że broń jądrowa nie będzie reżimowi w żaden sposób potrzebna jeśli uzyska on od USA gwarancje bezpieczeństwa, a co za tym idzie zniknie tzw. opcja militarna rozwiązania kryzysu. Z drugiej jednak strony należy zwrócić uwagę, że przekaz ten nie odbiega w gruncie rzeczy znacząco od serwowanego dotychczas, choć okraszonego dużo bardziej agresywną retoryką. Północ od lat domaga się bezpośrednich rozmów z USA,  żądając przy tym gwarancji bezpieczeństwa. Kwestią zmienną pozostawała kwestia samej broni jądrowej, tu bowiem Pjongjang – w zależności od sytuacji – albo odrzucał wszelkie negocjacje, albo wiązał je z denuklearyzacją całego Półwyspu (cokolwiek to oznacza, Amerykanie wycofali bowiem stamtąd taktyczną broń jądrową w 1991 r.), albo wręcz z globalnym rozbrojeniem nuklearnym. Zmiana retoryki rodzi pytanie czy jest to wynikiem skuteczności sankcji międzynarodowych czy też swoistą grą na czas i zabiegiem wizerunkowym.

Objęcie przez Kim Dzong-una partyjnych i państwowych stanowisk po śmierci jego ojca w 2011 r. przez wielu analityków wiązane było z nadzieją na większą troskę o kwestie rozwoju ekonomicznego autarkicznego reżimu. Jak się okazało, w pewnym sensie, służyć temu miała również broń jądrowa – wedle założeń upublicznionej w 2013 r. tzw. polityki Byungjin pozyskanie tej broni miało być tańsze niźli pozyskiwanie konwencjonalnego uzbrojenia, co z kolei miało pozwolić na przeznaczanie większych środków na cele gospodarcze. Jakkolwiek by nie oceniać takiego podejścia, w 2016 r. wzrost gospodarczy KRL-D osiągnął 3,9 procenta i był najwyższym od 1999 roku. Nałożone przez wspólnotę międzynarodową po ostatnich testach balistycznych Pjongjangu sankcje bez wątpienia odbijają się na kondycji gospodarczej państwa, rozmowy mogą więc być postrzegane jako okazja do ich złagodzenia.

Pierwsze w historii spotkanie komunistycznego lidera z prezydentem USA będzie niewątpliwie olbrzymim sukcesem wizerunkowym Kim Dzong-una i może być obliczone w dużej mierze na użytek wewnętrzny, w kontekście międzynarodowym zaś na poprawę wizerunku KRL-D w oczach Chin. Po roku gróźb i używania języka niewiele mającego wspólnego z dyplomacją (w tym również w odniesieniu do kwestii personalnych), szczyt, niezależnie od jego rezultatów, będzie okazją do zaprezentowania Korei Północnej jako racjonalnego i odpowiedzialnego członka wspólnoty międzynarodowej.

Wnioski

Jako słuszną należy określić decyzję prezydenta Trumpa o kontynuowaniu presji ekonomicznej na Koreę Północną, pomimo nadziei związanej z potencjalnym przełomem w kwestii denuklearyzacji. Jakkolwiek szczyt przywódców USA i KRL-D będzie wydarzeniem historycznym, jego rezultaty takimi być nie muszą. Pomimo bezdyskusyjnej zmiany retoryki komunistycznego reżimu nie ma i nie może być pewności co do rzeczywistych powodów stojących za tą zmianą. Niemniej, jeśli za inicjatywą Kim Dzong-una stoją powody gospodarcze, a nałożone przez wspólnotę międzynarodową sankcje zagrażają dość kruchym zapewne podstawom północnokoreańskiego wzrostu gospodarczego, można się spodziewać, że rezultaty szczytu będą bardziej optymistyczne niż miałoby to miejsce w przypadku kwestii jedynie militarnych.

Autor: Rafał Ciastoń, Research Fellow w Programie Bezpieczeństwo i Obronność Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego