KOMENTARZ: Korea Północna testuje nowy pocisk balistyczny – game changer w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi?

KOMENTARZ: Korea Północna testuje nowy pocisk balistyczny – game changer w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi?

4 lipca br. Koreańska Republika Ludowo- Demokratyczna przeprowadziła udaną próbę nowego typu pocisku balistycznego. Wedle deklaracji Pjongjangu testowany pocisk to Hwasong-14, znany również pod oznaczeniem KN-14 (KN-08 mod. 2), mobilny międzykontynentalny pocisk balistyczny (ICBM), wedle pierwszych informacji amerykańskiego Dowództwa Pacyficznego (US PACOM) testowany był pocisk pośredniego zasięgu (IRBM) niezidentyfikowanego typu. Informacje te zostały jednak następnego dnia zweryfikowane przez Departament Stanu – sekretarz stanu Rex Tillerson przyznał, iż dokonano próby pocisku międzykontynentalnego.

Jak podała północnokoreańska agencja informacyjna KCNA pocisk został wystrzelony pod maksymalnym możliwym kątem, osiągając apogeum lotu na wysokości 2802 km i po 39 minutach lotu spadł do Morza Japońskiego  w odległości 933 km od miejsca startu, z kolei z komunikatu PACOM wiemy, iż lot trwał 37 minut. Zwiększenie kąta wznoszenia miało oczywiście na celu skrócenie zasięgu pocisku, który spadł wprawdzie w wyłącznej strefie ekonomicznej (EEZ) Japonii, nie naruszył jednak wód terytorialnych, ani przestrzeni powietrznej żadnego państwa. Informacje co do osiągniętego apogeum potwierdzają doniesienia japońskie (pocisk miał „znacząco” przekroczyć wysokość 2500 km) oraz południowokoreańskie (powyżej 2300 km), co oznacza, iż szacunki dotyczące jego zasięgu – od co najmniej 6000 do ok. 7000 km, są bardzo prawdopodobne. Pojedynczy test nie świadczy oczywiście o osiągnięciu przez system gotowości operacyjnej, jednak gdyby do tego doszło, w jego zasięgu znalazłyby się nie tylko amerykańskie bazy w regionie (z uwzględnieniem Guam), ale przede wszystkim terytorium dwóch stanów USA, tj. Alaski i Hawajów. Pod tym względem byłby to niewątpliwie swoisty game changer, bowiem w wypadku każdego kolejnego kryzysu na Półwyspie Waszyngton zostałby zmuszony do uwzględnienia w strategicznych kalkulacjach scenariusza zakładającego użycie broni masowego rażenia przeciwko własnemu terytorium. Zdolność do tego rodzaju szantażu jest niewątpliwie jednym z celów reżimu w Pjongjangu, aczkolwiek jego zakładana skala nie jest ograniczona do zaledwie dwóch z pięćdziesięciu stanów. W ubiegłym roku opublikowany został film zawierający komputerową animację ataku jądrowego na Waszyngton – do jego przeprowadzenia posłużyć miał pocisk odpalony z okrętu podwodnego (SLBM), wcześniej publikowane były podobne animacje dotyczące ataku na Los Angeles i miasta zachodniej części USA. Północnokoreański reżim zdaje się testować nowego prezydenta USA, jednakże polityka obecnego lokatora Białego Domu nie jest w pełni przewidywalna. Ryzyko powiedzenia „sprawdzam” jest olbrzymie, powstaje jednak pytanie czy w pewnym momencie nie okaże się akceptowalne.

Tweeterowa dyplomacja

Donald Trump rozpoczął dialog z KRL-D dość niefortunnie, jeszcze jako prezydent-elekt. Gdy w noworocznym przemówieniu Kim Dzong Un oznajmił, iż jego kraj wkroczył w ostatnią fazę przygotowań do testu ICBM-a, Trump zareagował na Tweeterze, pisząc iż „to nie nastąpi”. Jeśli nawet wypowiedź dyktatora była przeznaczona głównie na użytek wewnętrzny, to bez wątpienia odpowiedź przyszłego prezydenta supermocarstwa potraktował on jako wyzwanie. Od początku bieżącego roku Kim Dzong Un sukcesywnie udowadnia, iż jego kraj odnotował znaczące postępy w programie balistycznym. 12 lutego br. przeprowadzona została próba pocisku średniego zasięgu Pukguksong-2 (KN-15, zas. 2,5-3 tys. km), trzy miesiące później doszło do próby pocisku Hwasong-12 (KN-17), o zasięgu najprawdopodobniej ok. 4,5 tys. km, wkrótce potem powtórzona została próba KN-15, a 8 czerwca br. dokonano próby odpalanych z lądu pocisków przeciwokrętowych. Powyższe testy przedzielane były odpaleniami operacyjnie dostępnych pocisków balistycznych krótkiego zasięgu. Przekaz jaki płynie z Półwyspu jest jednoznaczny – Korea Północna nie zatrzyma ani programu balistycznego, ani jądrowego (w 2016 r. przeprowadzono dwie próby nuklearne), zaś dzień w którym wjedzie w posiadanie głowic pocisków międzykontynentalnych, a być może również zminiaturyzuje ładunek jądrowy na tyle, by można było go w tego typu głowicy umieścić, zbliża się szybkimi krokami.

Polityka nowej administracji USA wobec KRL-D nie jest niestety jednakowa na przestrzeni kolejnych tygodni i miesięcy. Z jednej strony mieliśmy do czynienia z dość wojowniczymi zapowiedziami na początku roku, sugerującymi gotowość do siłowego rozwiązani problemu, doszło także do interpretowanego jako pokaz siły i determinacji zrzucenia w Afganistanie bomby paliwowo-powietrznej MOAB. Z drugiej jednak strony ze strony  prezydenta Trumpa padła także deklaracja, iż „w odpowiednich okolicznościach” byłby on zaszczycony możliwością osobistego spotkania z dyktatorem, wcześniej zaś, po spotkaniu z prezydentem ChRL oznajmił on, iż rozmowa ta pozwoliła mu zrozumieć zawiłości polityki w regionie. Ostatnia wypowiedź sekretarza Tillersona, iż USA poszukują jedynie pokojowego sposobu denuklearyzacji Półwyspu może niestety zostać przez reżim odebrana jako oznaka słabości, co rodzi obawy, iż w ciągu najbliższych miesięcy dojdzie do kolejnych prób pocisków balistycznych, a jeśli będzie to uzasadnione względami technicznymi (dalszą miniaturyzacją ładunku mającą na celu umieszczenie go w głowicy pocisku balistycznego), również do kolejnej próby jądrowej. Po przeprowadzonej z premedytacją w dniu amerykańskiego święta niepodległości próbie KN-14 prezydent Trump zareagował kolejnym, nieco lekceważącym tweetem: „czy ten gość nie ma niczego lepszego do roboty w życiu? Trudno uwierzyć, że Japonia i Korea Południowa będą to dłużej tolerować. Być może Chiny zareagują stanowczo i skończą ten nonsens raz na zawsze”. Ryzyko, że w Pjongjangu zostało to przyjęte jako kolejne wyzwanie jest olbrzymie.

Wnioski

Korea Północna wydaje się być dziś najbardziej zapalnym miejscem globu, a problem Półwyspu będzie angażował zarówno dyplomację amerykańską jak i siły zbrojne USA. Nie jest prawdą, iż Stany Zjednoczone mogą, szczególnie w dłuższej perspektywie czasowej, utrzymywać wzmocnioną prezencję w wymiarze militarnym w kilku kluczowych regionach. Należy zatem liczyć się z ryzykiem, iż zwiększone zaangażowanie w wymiarze dalekowschodnim (szczególnie jeśli będzie jednocześnie dochodzić do kolejnych zaognień sytuacji na Morzu Południowochińskim), będzie wpływać na zaangażowanie USA w Europie.

Ewentualna próba siłowego rozwiązania problemu, czy to bezpośrednio przez Koreę Południową czy tez przez Stany Zjednoczone przy udziale regionalnych sojuszników, odwróci uwagę supermocarstwa od Europy co najmniej na kilka miesięcy, co nie pozostałoby obojętne dla sytuacji bezpieczeństwa również w tym regonie. Przed kilku laty premier Japonii Shinzo Abe wzywał NATO do zaangażowania się w bezpieczeństwo kontynentu azjatyckiego w kontekście sytuacji na morzach: Południowochińskim i Wschodniochińskim. Postępy północnokoreańskich programów zbrojeniowych powinny skłonić również UE do uwypuklenia istoty tego problemu w relacjach z Chinami.

Autor: Rafała Ciastoń, Research Fellow w Programie Bezpieczeństwo i Obronność Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego 

Zdjęcie: rapidtravelchai via Foter.com/CC BY