KOMENTARZ: NATO na celowniku Trumpa

KOMENTARZ: NATO na celowniku Trumpa

Republikański kandydat na Prezydenta Stanów Zjednoczonych Donald Trump po raz kolejny wywołał kontrowersje swoją wypowiedzią odnośnie do polityki zagranicznej. W wywiadzie dla dziennika The New York Times, przed konwencją Republikanów w Cleveland stwierdził, że w przypadku rosyjskiego ataku na państwa bałtyckie zdecyduje czy udzielić im pomocy dopiero po przeanalizowaniu czy „wypełniają one swoje zobowiązania wobec nas.” „Jeśli wypełniają swoje zobowiązania wobec nas, odpowiedź brzmi tak” – doprecyzował Trump. Wykluczył on tym samym, w przypadku zwycięstwa w listopadowych wyborach, automatyzm amerykańskich gwarancji wobec sojuszników, także tych najbliższych, będących członkami NATO. 

Wypowiedź Trumpa wpisuje się w jego szerszą przedwyborczą narrację, wzywającą do ograniczenia roli USA na świecie i przerzuceniu większej odpowiedzialności za swoje bezpieczeństwo na sojuszników w Europie i Azji. Kandydat Republikanów już wcześniej oświadczał np., że Stany Zjednoczone wydają zbyt dużo na Sojusz Północnoatlantycki i bezpieczeństwo państw sojuszniczych.

Trump w kontrowersyjnym stylu dotknął jednak problemu, który od dłuższego czasu ciąży na stosunkach transatlantyckich. Po zakończeniu zimnej wojny europejscy członkowie NATO regularnie ograniczali wydatki na obronność. Obecnie poza USA tylko cztery państwa Sojuszu wydają zalecane przez organizację 2 proc. PKB na siły zbrojne. Prowadzi to do sytuacji, że Stany Zjednoczone odpowiadają za 72 proc. całości wydatków obronnych państw Sojuszu (budżet Departamentu Obrony oraz wydatki na operacje zagraniczne to 649 mld USD), a pozostałe 27 państw należących do organizacji jedynie za 28 proc (251 mld USD).

Problem nierównego wkładu w bezpieczeństwo poruszali już wcześniej m.in. kolejni Sekretarze Obrony: Robert Gates, Leon Panetta i Chuck Hagel. Stało się to tym bardziej istotne wobec ograniczenia wydatków obronnych w Stanach Zjednoczonych. Choć udało się zatrzymać najdalej idącą procedurę sekwestracji (przymusowe horyzontalne cięcia w obszarze obrony i pozaobronnym o wartości prawie 1 bln USD w przeciągu 9 lat), USA istotnie zredukowały budżet obronny i domagają się od europejskich sojuszników wzięcia większej odpowiedzialności za swoje bezpieczeństwo. Szczególnie widoczne było to w czasie operacji w Libii, gdzie USA scedowały główny wysiłek wojskowy na Wielką Brytanię i Francję  (choć nie obyło się bez istotnego wsparcia Waszyngtonu), a ostatnio w czasie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, gdzie za wypracowanie kompromisu odpowiedzialne były Francja i Niemcy. Administracja amerykańska naciska też na stolice zachodnioeuropejskich sojuszników, aby zrobiły więcej w celu wzmocnienia tzw. wschodniej flanki Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Wiarygodność USA

„Amerykańskie gwarancje są z żelaza” – uspokajał sojuszników USA rzecznik Białego Domu Josh Earnest. Wypowiedź Trumpa od razu wywoła jednak dużą konsternację wśród komentatorów. „To [Sojusz] jest dobre dla bezpieczeństwa Europy i bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych” – stwierdził Sekretarz Generalny NATO Jens Stoltenberg. „Stany Zjednoczone zawsze wspierały europejskich sojuszników” – dodał, zastrzegając, że nie chce ingerować w amerykańską kampanię wyborczą.

Wiarygodność amerykańskich gwarancji stała się jeszcze bardziej istotna na tle nielegalnej aneksji Krymu przez Federację Rosyjską i konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, a także coraz bardziej agresywnej postawy Moskwy w polityce zagranicznej. Na szczycie NATO w Warszawie na początku lipca br. USA zobowiązały się do przyjęcia roli tzw. państwa ramowego (ang. framework nation, państwo zobligowane do zabezpieczenia funkcjonowania danej jednostki taktycznej i dostarczenia jej podstawowych zdolności) w odniesieniu do jednej batalionowej grupy bojowej, która zostanie rozmieszczona w Polsce w ramach tzw. Wzmocnionej Wysuniętej Obecności (ang. Enhanced Forward Presence) na wschodniej flance NATO. Wcześniej Stany Zjednoczone zobowiązały się również do rozmieszczenia w ramach własnej European Reassurance Initiative brygady pancernej US Army na zasadzie rotacyjnej (do tej pory na terenie Europy rozmieszczone były jedynie dwie brygady amerykańskie – powietrzno-desantowa we Włoszech oraz zmotoryzowana na kołowych transporterach opancerzonych Stryker w Niemczech), a także sprzęt dla kolejnej jednostki tego typu. Kroki te zostały podjęte głównie aby uspokoić obawy sojuszników USA w Europie Środkowej i Wschodniej. Wypowiedź Trumpa może jednak nasilić ich obawy, szczególnie jeśli wygra on listopadowe wybory.

Podczas wizyty w Tallinie we wrześniu 2014 r. Barack Obama zapewnił Bałtów, że będąc w NATO mogą liczyć na pomoc sojuszników zgodnie z art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego. „Artykuł 5 jest jasny: atak na jednego sojusznika oznacza atak na wszystkich. Więc jeśli kiedykolwiek zapytacie ponownie: kto przyjdzie nam z pomocą? Znacie odpowiedź – Sojusz Północnoatlantycki, w tym Siły Zbrojne Stanów Zjednoczonych” – deklarował Obama. Należy pamiętać jednak, że wspomniany artykuł 5 nie zawiera zobowiązania do rozpoczęcia automatycznie działań zbrojnych. Stanowi bowiem, że w przypadku zbrojnej napaści na jedno lub więcej Państw-Stron Traktatu każde z nich „udzieli pomocy Stronie lub Stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie, samodzielnie jak i w porozumieniu z innymi Stronami, działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego.” Trump podkreślając brak automatyzmu amerykańskich gwarancji, może więc rozbudzić stary problem ciążący na Sojuszu Północnoatlantyckim, który częściowo miały rozwiązać decyzje podjęte na szczytach w Newport i Warszawie. Wypowiedź Trumpa może też wywołać dodatkową nerwowość w Europie Środkowowschodniej i podważyć spójność Sojuszu, bowiem europejscy członkowie NATO mogą zacząć szukać alternatywnych sposobów zapewnienia sobie bezpieczeństwa, w tym przez dążenie do porozumienia z Rosją.

Autor: Tomasz Smura, Kierownik Biura Analiz Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego

Zdjęcie: Matt Johnson (CC BY-NC 2.0)