Złudzenie przerwy
Kadencja Joe Bidena wyrządziła zachodniemu porządkowi więcej szkody niż pierwsza kadencja Donalda Trumpa. Nie dlatego, że Biden prowadził złą politykę, ale dlatego, że jego prezydentura uśpiła Europę złudzeniem, iż po każdej anomalii transatlantycka normalność powraca sama z siebie. Wiara w to, że wystarczy poczekać na kolejny cykl wyborczy, by wrócić do dobrze znanych schematów, okazała się być może najkosztowniejszym błędem politycznym, który Europa popełniła w ostatniej dekadzie. Błędem, który uśpił refleks strategiczny dokładnie w momencie, gdy był najbardziej potrzebny.
Żeby zrozumieć, w jakim miejscu znalazł się dziś Zachód, trzeba cofnąć rachubę do właściwego punktu startowego. Nie do stycznia 2025 roku, gdy Trump po raz drugi objął urząd. Nie do listopada 2024, gdy wygrał wybory. Właściwa data to styczeń 2017 roku. To wtedy zaczął się proces, który trwa nieprzerwanie do dziś, choć przez cztery lata bidenowskiej przerwy Europa wolała go nie dostrzegać. Trumpizm nie jest epizodem zamkniętym wynikiem wyborów w 2020 roku. Był i pozostał projektem transformacji Partii Republikańskiej, który prezydentura Bidena nie zatrzymała, lecz w pewnym sensie przyspieszyła, zwalniając jego autorów z odpowiedzialności za rządzenie i dając im czas na to, czego nie mogliby zrobić będąc przy władzy: na ideologiczne domknięcie partii, wyprowadzenie z niej ostatnich atlantystów i powrót do władzy z organizacją jakościowo inną niż ta z 2016 roku [1]. Gdyby obie kadencje Trumpa następowały bezpośrednio po sobie, ciągłość rządzenia wymuszałaby własne ograniczenia, kompromisy, koszty. Przerwa bidenowska nie uruchomiła żadnego z tych korygujących mechanizmów.
Europa i Polska stają dziś przed skutkami transformacji, która zaczęła się w 2017 roku, trwała przez przerwę bidenowską, która jej nie zatrzymała, i potrwa co najmniej do 2029 roku. Łącznie dwanaście lat. Pytanie o to, czym są relacje transatlantyckie w 2026 roku, nie może być odpowiedziane przez porównanie z tym, co było w 2015 czy w 2020. Tamten punkt odniesienia przestał istnieć. I im wcześniej Europa to przyzna, tym więcej czasu zostanie na odpowiedź, która nie będzie nostalgią udającą strategię.
Partia, która zmieniła się bez Trumpa
Polska przez ostatnią dekadę zainwestowała w relację z Waszyngtonem więcej niż jakikolwiek inny sojusznik europejski: bazy wojskowe, zakupy sprzętu, polityczny kapitał wydany na budowanie pozycji strategicznego partnera USA w regionie [2]. To inwestycja, która opierała się na założeniu dwupartyjnej ciągłości atlantycyzmu. To założenie jest dziś fundamentalnie kwestionowane, i żeby zrozumieć dlaczego, trzeba sięgnąć głębiej niż do Trumpa.
Amerykański izolacjonizm ma w tradycji politycznej Stanów Zjednoczonych głębokie korzenie i własnych klasyków. Calvin Coolidge, prezydent w latach 1923-1929, sformułował przekonanie, które przez dekady powracało w różnych odsłonach: że biznes Ameryki to biznes, że liczy się to co wymierne, konkretne i krajowe, a angażowanie się w cudze sprawy jest luksusem, na który republika nie powinna sobie pozwalać [3]. Coolidge nie był twórcą izolacjonizmu, ale nadał mu formułę na tyle pojemną, że przetrwała niemal sto lat. Nie jest przypadkiem, że podczas pierwszej kadencji Trumpa portret Coolidge’a zawisł w Gabinecie Owalnym [4], a sam Trump wielokrotnie przywoływał jego filozofię ograniczonego rządu i prymatu interesu krajowego jako punkt odniesienia dla własnej polityki. Gdy Trump mówi dziś, że sojusznicy muszą płacić za swoje bezpieczeństwo albo radzić sobie sami, mówi językiem, który Coolidge rozpoznałby bez trudu.
Ta filozofia miała jednak w GOP swoje słabsze momenty. Wendell Willkie, republikański kandydat na prezydenta w 1940 roku, wbrew dominującej frakcji izolacjonistów we własnej partii popierał pomoc dla Wielkiej Brytanii i amerykańskie zaangażowanie w Europie [5]. Przegrał wybory, ale jego wizja świata wzajemnie powiązanego i niepodzielnego ukształtowała powojenny porządek, w którego centrum znalazło się NATO. Postaci w typie Willkiego znikały z GOP stopniowo. Barry Goldwater w latach sześćdziesiątych przesunął partię w stronę twardego antykomunizmu, w którym sojusznicy europejscy przestawali być partnerami we wspólnym projekcie cywilizacyjnym, a stawali się państwami, które Ameryka chroni jednostronnie [6]. Reagan przywrócił retorykę atlantyckiej solidarności, ale zbudował partię wokół kultu siły własnej i wyjątkowości Ameryki, nie wokół idei wzajemnej zależności. Kontrakt z Ameryką i Tea Party kolejno wypierały z GOP tych, dla których atlantycyzm był czymś więcej niż kartą przetargową w sporach budżetowych z Europą [7].
Gdy Trump wygrał prawybory w 2016 roku, partia była już ideologicznie gotowa na to, co przyniósł. On nie zabił tradycji atlantyckiej w GOP. Zastał ją martwą i jako pierwszy powiedział o tym głośno. Kadencja Bidena nie odrodziła tej tradycji, bo nie mogła jej odrodzić: atlantyści w GOP nie zniknęli dlatego, że Trump wygrał, lecz Trump wygrał dlatego, że atlantyści już znikali. Cztery lata rządów Bidena tylko upewniły partię, że może wygrywać bez nich i bez ich wrażliwości na sojusze.
Zaufanie do Stanów Zjednoczonych jako gwaranta bezpieczeństwa europejskiego było od lat siedemdziesiątych zaufaniem dwupartyjnym. Oznaczało to, że niezależnie od tego, kto zamieszkał w Białym Domu, pewne zobowiązania pozostawały nienaruszone [8]. Ta dwupartyjność rozpadła się nie z chwilą wygranej Trumpa w 2024 roku. Rozpadła się znacznie wcześniej, a obecna kadencja jest jedynie najbardziej widocznym jej objawem.
Zaufanie jako zasób nieodnawialny
W debacie o relacjach transatlantyckich powraca regularnie teza, że po Trumpie będzie można odbudować sojusz na dawnych zasadach. Że następny demokratyczny prezydent złoży odpowiednie deklaracje, wyśle odpowiednich urzędników na odpowiednie szczyty i relacja wróci do punktu sprzed 2017 roku. Ta teza jest fałszywa, i to z powodów strukturalnych, nie personalnych.
Zaufanie w stosunkach międzynarodowych nie jest stanem, który można przywrócić deklaracją. Jest zasobem budowanym przez lata przewidywalnego zachowania i niszczonym asymetrycznie, znacznie szybciej niż powstaje. Najlepszą ilustracją tego mechanizmu jest to, co wydarzyło się w Zatoce Perskiej po 28 lutego 2026 roku, gdy Stany Zjednoczone i Izrael przeprowadziły uderzenia na Iran [9]. Przez dekady obecność amerykańskich baz wojskowych w Katarze, Bahrajnie, Kuwejcie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich była rozumiana jako gwarancja bezpieczeństwa, konkretna i materialna. Baza Al-Udeid w Katarze, kwatera główna Piątej Floty w Bahrajnie, Camp Arifjan w Kuwejcie to nie były tylko instalacje wojskowe. Były fizycznym wyrazem amerykańskiego zobowiązania wobec stabilności regionu [10]. Gdy Waszyngton przeprowadził uderzenia na Iran z katarskiego terytorium bez uprzedniego porozumienia z Dohą, a Iran w odwecie ostrzelał katarskie instalacje gazowe w Ras Laffan, to założenie legło w gruzach. Katar, który jeszcze kilka tygodni wcześniej oficjalnie sprzeciwiał się użyciu swojego terytorium do ataków na Iran, znalazł się w środku wojny, której nie wybrał [11]. Rzecznik katarskiego MSZ stwierdził wprost, że jednym z kluczowych rezultatów tej wojny jest ujawnienie rozpadu koncepcji regionalnego systemu bezpieczeństwa w Zatoce. Trudno o bardziej precyzyjną diagnozę tego, czym jest zaufanie zniszczone przez jednostronne działanie sojusznika.
Katar nie jest wyjątkiem, lecz najdobitniejszym przykładem szerszego procesu. Arabia Saudyjska odmówiła udostępnienia swojej przestrzeni powietrznej dla uderzeń na Iran. Zjednoczone Emiraty Arabskie i Turcja złożyły analogiczne deklaracje [12]. Państwa, które przez dekady budowały swoje bezpieczeństwo na partnerstwie z Waszyngtonem, w obliczu wojny wywołanej bez konsultacji z nimi wybrały dystans. Nie dlatego, że zerwały z Ameryką. Dlatego, że zrozumiały, iż ich bezpieczeństwo i interesy nie są zmienną, którą Waszyngton bierze pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o użyciu siły. To zdanie mogłoby równie dobrze paść w Warszawie, Tallinie albo Rydze.
Dla państw Europy Środkowej i Wschodniej kluczowe pytanie nie brzmi już, czy Trump dotrzyma konkretnych zobowiązań. Brzmi: czy jakakolwiek przyszła amerykańska administracja będzie w stanie złożyć wiarygodne nowe zobowiązania, skoro wyborców amerykańskich można przekonać do wyboru kolejnego Trumpa, a instytucje amerykańskie nie dysponują mechanizmami powstrzymania prezydenta przed wojną prowadzoną bez konsultacji z sojusznikami. Ten problem nie zniknie wraz z końcem obecnej kadencji. Jest wbudowany w strukturę systemu politycznego, który Europejczycy przez lata traktowali jako stabilną kotwicę, nie dostrzegając, że jej trwałość zależała od konsensusu dwupartyjnego, który już nie istnieje.
Amerykański system gwarantuje przeciętnie zmianę władzy co cztery do ośmiu lat. Polska i inne państwa wschodniej flanki NATO budują zdolności obronne, które wymagają perspektywy dwudziestu, trzydziestu lat. Asymetria horyzontów czasowych istniała zawsze, jednak przez dekady równoważyła ją dwupartyjność atlantycyzmu. Gdy ta dwupartyjność zniknęła, asymetria stała się strategiczną pułapką. Państwo, które planuje swoje bezpieczeństwo w oparciu o sojusz, którego ciągłość zależy od wyniku wyborów w państwie trzecim, wpada w zależność, której nie kontroluje i której rezultatów nie może przewidzieć.
Board of Peace, zaproponowana przez Trumpa alternatywna architektura zarządzania konfliktami działająca poza ramami prawa międzynarodowego, jest w tym sensie nie tyle projektem politycznym, co sygnałem, że Waszyngton nie zamierza już działać w ramach systemu, którego sam był głównym architektem [13]. Stany Zjednoczone prowadzą wojnę w Zatoce Perskiej bez uruchomienia jakichkolwiek mechanizmów sojuszniczych, bez konsultacji z partnerami europejskimi, bez mandatu zbiorowego. NATO jako instytucja milczy, bo nie zostało zapytane i nie jest stroną konfliktu, który toczy jego kluczowy członek. To świadomy wybór Waszyngtonu, który pokazuje, że Stany Zjednoczone rezerwują sobie prawo do działania militarnego całkowicie poza strukturami sojuszu, który same stworzyły i którego artykuł piąty mają gwarantować.
Z tego właśnie wyciągają wnioski ci, którzy po stronie amerykańskiej kwestionują sens NATO w jego obecnej formie. Pojawiają się głosy, w tym ze środowisk bliskich administracji Trumpa, o potrzebie zastąpienia go nowym sojuszem wojskowym, koalicją państw rzeczywiście gotowych do działania, w której mogłoby znaleźć się miejsce dla Polski, a nawet dla Ukrainy. Propozycja brzmi atrakcyjnie, szczególnie dla państw, które od lat czuły się traktowane przez NATO jako peryferia. Ale rodzi pytanie, które pozostaje bez odpowiedzi: czy sojuszowi proponowanemu przez administrację, która właśnie udowodniła, że prowadzi wojnę bez konsultacji z kimkolwiek, można ufać bardziej niż instytucji, którą ta sama administracja właśnie podważa? Zaufanie do NATO powstawało przez siedemdziesiąt lat wspólnych ćwiczeń, procedur, planowania i wzajemnych gwarancji. Nowa architektura proponowana z Waszyngtonu byłaby sojuszem bez tej historii, tworzonym przez gracza, który właśnie pokazał, jak traktuje dotychczasowych partnerów. Dla Europy i dla Polski odpowiedź na tę propozycję musi być chłodna i strategiczna.
Czego uczy nas willa Mannerheima
26 marca 2026 roku w Helsinkach odbył się szczyt państw Joint Expeditionary Force, koalicji obronnej prowadzonej przez Wielką Brytanię, skupiającej państwa Europy Północnej i Bałtyckiej [14]. Po raz pierwszy w historii tego formatu część dyskusji poświęcona została pytaniu o architekturę bezpieczeństwa europejskiego przy założeniu możliwego wycofania się Stanów Zjednoczonych z NATO. Jedno z cytowanych źródeł dyplomatycznych stwierdziło wprost: NATO jest sparaliżowane, sojusz się rozpada, Europa nie może czekać na jego całkowity updaek. Lokalizacja nie była przypadkowa. Finlandyzacja, sztuka utrzymania suwerenności przy nieprzyjaznym sąsiedzie i bez amerykańskich gwarancji, była przez dekady synonimem niepożądanego kompromisu. Teraz to Finlandia gości pierwsze spotkanie, na którym europejskie demokracje zaczynają na serio rozważać bezpieczeństwo bez waszyngtońskiego parasola.
Przy stole w Helsinkach siedziała Wielka Brytania szukająca po Brexicie nowej formuły europejskiego zaangażowania, państwa bałtyckie oraz Kanada, której premier dołączył zdalnie w geście znaczącym wobec amerykańskich gróźb pod adresem Ottawy [15]. Przy tym stole nie było Polski. To nieobecność symptomatyczna. Polska jest państwem, które wniosło jeden z największych wkładów w uzbrojenie Ukrainy, ma najdłuższą granicę lądową z obszarami konfliktu, największy budżet obronny spośród wschodnioeuropejskich członków NATO i realną zdolność wojskową. A mimo to polska polityka bezpieczeństwa przez ostatnią dekadę była budowana na założeniu trwałego zaangażowania amerykańskiego, które okazało się bardziej kruche niż ktokolwiek chciał przyznać.
Pytanie, przed którym stoi dziś Polska i szerzej Europa, nie jest pytaniem o to, czy NATO przeżyje obecny kryzys. Może przetrwać. Może nie przetrwać w dotychczasowej formie. Prawdziwym pytaniem jest, czy Europa zdoła zbudować wiarygodną zdolność obronną zanim dowiemy się, która z tych możliwości się zmaterializuje. W 1943 roku Wendell Willkie napisał, że świat stał się mały i wzajemnie zależny i że Stany Zjednoczone muszą podjąć przywództwo, które historia im powierzyła. Ta teza ukształtowała powojenny porządek, NATO włącznie. Osiemdziesiąt lat później administracja Trumpa buduje architekturę opartą na zupełnie innych założeniach, że świat dzieli się na strefy wpływów wielkich mocarstw, że bezpieczeństwo mniejszych państw jest przedmiotem negocjacji między silniejszymi, a pozycja międzynarodowa zależy od potencjału, nie od zobowiązań prawnych czy sojuszniczych. To nie jest odchylenie od normy. To jest wynik dziewięcioletniej transformacji, którą Europa zbyt długo traktowała jako tymczasową anomalię.
Kolacja w willi Mannerheima nie była początkiem nowej ery. Była pierwszym publicznym przyznaniem, że stara era się skończyła. Dla Polski i dla Europy właściwym zadaniem nie jest czekanie na powrót normalności, która zapewne już nie wróci w dawnej postaci. Jest nim zrozumienie, w jakim świecie się obudziły, i działanie zgodne z tą diagnozą, zanim inni zdefiniują ich miejsce za nie.
Przypisy:
[1] Lilliana Mason, Uncivil Agreement: How Politics Became Our Identity, University of Chicago Press, Chicago 2018; Thomas E. Mann, Norman J. Ornstein, It’s Even Worse Than It Looks: How the American Constitutional System Collided With the New Politics of Extremism, Basic Books, Nowy Jork 2012.
[2] NATO, Defence Expenditure of NATO Countries 2014-2024, komunikat prasowy, 17 czerwca 2024.
[3] Calvin Coolidge, Address to the American Society of Newspaper Editors, Washington D.C., 25 stycznia 1925. Pełny tekst: Miller Center, University of Virginia, millercenter.org.
[4] Portret Coolidge’a cieszył się szczególnym uznaniem Reagana, który przeniósł go na honorowe miejsce w Gabinecie Gabinetowym. Zob. Amity Shlaes, Coolidge, Harper, Nowy Jork 2013, s. 3-12; PBS American Experience, Calvin Coolidge, www.pbs.org.
[5] Wendell Willkie, One World, Simon & Schuster, Nowy Jork 1943; Samuel Zipp, The Idealist: Wendell Willkie’s Wartime Quest to Build One World, Belknap Press, Cambridge 2020; Stewart M. Patrick, „Why Wendell Willkie’s Vision of Internationalism Remains Essential Today”, Council on Foreign Relations, 22 lipca 2019.
[6] Rick Perlstein, Before the Storm: Barry Goldwater and the Unmaking of the American Consensus, Hill and Wang, Nowy Jork 2001.
[7] Theda Skocpol, Vanessa Williamson, The Tea Party and the Remaking of Republican Conservatism, Oxford University Press, Nowy Jork 2012.
[8] G. John Ikenberry, A World Safe for Democracy: Liberal Internationalism and the Crises of Global Order, Yale University Press, New Haven 2020.
[9] Szczegółowy przebieg wydarzeń: 2026 Iran–Israel war, Wikipedia, en.wikipedia.org; Reuters, U.S. and Israel launch strikes on Iran, 28 lutego 2026.
[10] Muhanad Seloom, „Four Things the Gulf States Will Expect From the U.S. After Trump’s Iran War”, Foreign Policy, 24 marca 2026.
[11] Oświadczenia katarskiego MSZ: Al Jazeera, „Qatari PM and US officials discuss strategic ties amid Iran war”, 27 marca 2026, aljazeera.com.
[12] „U.S.-Iran War: How the Interests of Gulf States Are Diverging”, Foreign Policy, 7 kwietnia 2026.
[13] Biały Dom, Presidential Statement on the Establishment of the Board of Peace, styczeń 2026.
[14] Joint Statement from the leaders of the Joint Expeditionary Force, 26 marca 2026, www.gov.uk; Office of the President of the Republic of Finland, JEF Leaders’ Summit in Helsinki, www.presidentti.fi.
[15] Office of the President of the Republic of Finland, President of the Republic of Finland to host JEF Leaders’ Summit at the Presidential Palace in Helsinki, 17 marca 2026, www.presidentti.fi.
Dwanaście lat. Trumpizm jako proces, nie epizod, i jego konsekwencje dla ładu transatlantyckiego
Autor foto: Fundacja im. Kazimierza Pułaskiego
Dwanaście lat. Trumpizm jako proces, nie epizod, i jego konsekwencje dla ładu transatlantyckiego
17 kwietnia, 2026
Autor: Maciej Dachowski
Dwanaście lat. Trumpizm jako proces, nie epizod, i jego konsekwencje dla ładu transatlantyckiego
Autor foto: Fundacja im. Kazimierza Pułaskiego
Dwanaście lat. Trumpizm jako proces, nie epizod, i jego konsekwencje dla ładu transatlantyckiego
Autor: Maciej Dachowski
Opublikowano: 17 kwietnia, 2026
Złudzenie przerwy
Kadencja Joe Bidena wyrządziła zachodniemu porządkowi więcej szkody niż pierwsza kadencja Donalda Trumpa. Nie dlatego, że Biden prowadził złą politykę, ale dlatego, że jego prezydentura uśpiła Europę złudzeniem, iż po każdej anomalii transatlantycka normalność powraca sama z siebie. Wiara w to, że wystarczy poczekać na kolejny cykl wyborczy, by wrócić do dobrze znanych schematów, okazała się być może najkosztowniejszym błędem politycznym, który Europa popełniła w ostatniej dekadzie. Błędem, który uśpił refleks strategiczny dokładnie w momencie, gdy był najbardziej potrzebny.
Żeby zrozumieć, w jakim miejscu znalazł się dziś Zachód, trzeba cofnąć rachubę do właściwego punktu startowego. Nie do stycznia 2025 roku, gdy Trump po raz drugi objął urząd. Nie do listopada 2024, gdy wygrał wybory. Właściwa data to styczeń 2017 roku. To wtedy zaczął się proces, który trwa nieprzerwanie do dziś, choć przez cztery lata bidenowskiej przerwy Europa wolała go nie dostrzegać. Trumpizm nie jest epizodem zamkniętym wynikiem wyborów w 2020 roku. Był i pozostał projektem transformacji Partii Republikańskiej, który prezydentura Bidena nie zatrzymała, lecz w pewnym sensie przyspieszyła, zwalniając jego autorów z odpowiedzialności za rządzenie i dając im czas na to, czego nie mogliby zrobić będąc przy władzy: na ideologiczne domknięcie partii, wyprowadzenie z niej ostatnich atlantystów i powrót do władzy z organizacją jakościowo inną niż ta z 2016 roku [1]. Gdyby obie kadencje Trumpa następowały bezpośrednio po sobie, ciągłość rządzenia wymuszałaby własne ograniczenia, kompromisy, koszty. Przerwa bidenowska nie uruchomiła żadnego z tych korygujących mechanizmów.
Europa i Polska stają dziś przed skutkami transformacji, która zaczęła się w 2017 roku, trwała przez przerwę bidenowską, która jej nie zatrzymała, i potrwa co najmniej do 2029 roku. Łącznie dwanaście lat. Pytanie o to, czym są relacje transatlantyckie w 2026 roku, nie może być odpowiedziane przez porównanie z tym, co było w 2015 czy w 2020. Tamten punkt odniesienia przestał istnieć. I im wcześniej Europa to przyzna, tym więcej czasu zostanie na odpowiedź, która nie będzie nostalgią udającą strategię.
Partia, która zmieniła się bez Trumpa
Polska przez ostatnią dekadę zainwestowała w relację z Waszyngtonem więcej niż jakikolwiek inny sojusznik europejski: bazy wojskowe, zakupy sprzętu, polityczny kapitał wydany na budowanie pozycji strategicznego partnera USA w regionie [2]. To inwestycja, która opierała się na założeniu dwupartyjnej ciągłości atlantycyzmu. To założenie jest dziś fundamentalnie kwestionowane, i żeby zrozumieć dlaczego, trzeba sięgnąć głębiej niż do Trumpa.
Amerykański izolacjonizm ma w tradycji politycznej Stanów Zjednoczonych głębokie korzenie i własnych klasyków. Calvin Coolidge, prezydent w latach 1923-1929, sformułował przekonanie, które przez dekady powracało w różnych odsłonach: że biznes Ameryki to biznes, że liczy się to co wymierne, konkretne i krajowe, a angażowanie się w cudze sprawy jest luksusem, na który republika nie powinna sobie pozwalać [3]. Coolidge nie był twórcą izolacjonizmu, ale nadał mu formułę na tyle pojemną, że przetrwała niemal sto lat. Nie jest przypadkiem, że podczas pierwszej kadencji Trumpa portret Coolidge’a zawisł w Gabinecie Owalnym [4], a sam Trump wielokrotnie przywoływał jego filozofię ograniczonego rządu i prymatu interesu krajowego jako punkt odniesienia dla własnej polityki. Gdy Trump mówi dziś, że sojusznicy muszą płacić za swoje bezpieczeństwo albo radzić sobie sami, mówi językiem, który Coolidge rozpoznałby bez trudu.
Ta filozofia miała jednak w GOP swoje słabsze momenty. Wendell Willkie, republikański kandydat na prezydenta w 1940 roku, wbrew dominującej frakcji izolacjonistów we własnej partii popierał pomoc dla Wielkiej Brytanii i amerykańskie zaangażowanie w Europie [5]. Przegrał wybory, ale jego wizja świata wzajemnie powiązanego i niepodzielnego ukształtowała powojenny porządek, w którego centrum znalazło się NATO. Postaci w typie Willkiego znikały z GOP stopniowo. Barry Goldwater w latach sześćdziesiątych przesunął partię w stronę twardego antykomunizmu, w którym sojusznicy europejscy przestawali być partnerami we wspólnym projekcie cywilizacyjnym, a stawali się państwami, które Ameryka chroni jednostronnie [6]. Reagan przywrócił retorykę atlantyckiej solidarności, ale zbudował partię wokół kultu siły własnej i wyjątkowości Ameryki, nie wokół idei wzajemnej zależności. Kontrakt z Ameryką i Tea Party kolejno wypierały z GOP tych, dla których atlantycyzm był czymś więcej niż kartą przetargową w sporach budżetowych z Europą [7].
Gdy Trump wygrał prawybory w 2016 roku, partia była już ideologicznie gotowa na to, co przyniósł. On nie zabił tradycji atlantyckiej w GOP. Zastał ją martwą i jako pierwszy powiedział o tym głośno. Kadencja Bidena nie odrodziła tej tradycji, bo nie mogła jej odrodzić: atlantyści w GOP nie zniknęli dlatego, że Trump wygrał, lecz Trump wygrał dlatego, że atlantyści już znikali. Cztery lata rządów Bidena tylko upewniły partię, że może wygrywać bez nich i bez ich wrażliwości na sojusze.
Zaufanie do Stanów Zjednoczonych jako gwaranta bezpieczeństwa europejskiego było od lat siedemdziesiątych zaufaniem dwupartyjnym. Oznaczało to, że niezależnie od tego, kto zamieszkał w Białym Domu, pewne zobowiązania pozostawały nienaruszone [8]. Ta dwupartyjność rozpadła się nie z chwilą wygranej Trumpa w 2024 roku. Rozpadła się znacznie wcześniej, a obecna kadencja jest jedynie najbardziej widocznym jej objawem.
Zaufanie jako zasób nieodnawialny
W debacie o relacjach transatlantyckich powraca regularnie teza, że po Trumpie będzie można odbudować sojusz na dawnych zasadach. Że następny demokratyczny prezydent złoży odpowiednie deklaracje, wyśle odpowiednich urzędników na odpowiednie szczyty i relacja wróci do punktu sprzed 2017 roku. Ta teza jest fałszywa, i to z powodów strukturalnych, nie personalnych.
Zaufanie w stosunkach międzynarodowych nie jest stanem, który można przywrócić deklaracją. Jest zasobem budowanym przez lata przewidywalnego zachowania i niszczonym asymetrycznie, znacznie szybciej niż powstaje. Najlepszą ilustracją tego mechanizmu jest to, co wydarzyło się w Zatoce Perskiej po 28 lutego 2026 roku, gdy Stany Zjednoczone i Izrael przeprowadziły uderzenia na Iran [9]. Przez dekady obecność amerykańskich baz wojskowych w Katarze, Bahrajnie, Kuwejcie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich była rozumiana jako gwarancja bezpieczeństwa, konkretna i materialna. Baza Al-Udeid w Katarze, kwatera główna Piątej Floty w Bahrajnie, Camp Arifjan w Kuwejcie to nie były tylko instalacje wojskowe. Były fizycznym wyrazem amerykańskiego zobowiązania wobec stabilności regionu [10]. Gdy Waszyngton przeprowadził uderzenia na Iran z katarskiego terytorium bez uprzedniego porozumienia z Dohą, a Iran w odwecie ostrzelał katarskie instalacje gazowe w Ras Laffan, to założenie legło w gruzach. Katar, który jeszcze kilka tygodni wcześniej oficjalnie sprzeciwiał się użyciu swojego terytorium do ataków na Iran, znalazł się w środku wojny, której nie wybrał [11]. Rzecznik katarskiego MSZ stwierdził wprost, że jednym z kluczowych rezultatów tej wojny jest ujawnienie rozpadu koncepcji regionalnego systemu bezpieczeństwa w Zatoce. Trudno o bardziej precyzyjną diagnozę tego, czym jest zaufanie zniszczone przez jednostronne działanie sojusznika.
Katar nie jest wyjątkiem, lecz najdobitniejszym przykładem szerszego procesu. Arabia Saudyjska odmówiła udostępnienia swojej przestrzeni powietrznej dla uderzeń na Iran. Zjednoczone Emiraty Arabskie i Turcja złożyły analogiczne deklaracje [12]. Państwa, które przez dekady budowały swoje bezpieczeństwo na partnerstwie z Waszyngtonem, w obliczu wojny wywołanej bez konsultacji z nimi wybrały dystans. Nie dlatego, że zerwały z Ameryką. Dlatego, że zrozumiały, iż ich bezpieczeństwo i interesy nie są zmienną, którą Waszyngton bierze pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o użyciu siły. To zdanie mogłoby równie dobrze paść w Warszawie, Tallinie albo Rydze.
Dla państw Europy Środkowej i Wschodniej kluczowe pytanie nie brzmi już, czy Trump dotrzyma konkretnych zobowiązań. Brzmi: czy jakakolwiek przyszła amerykańska administracja będzie w stanie złożyć wiarygodne nowe zobowiązania, skoro wyborców amerykańskich można przekonać do wyboru kolejnego Trumpa, a instytucje amerykańskie nie dysponują mechanizmami powstrzymania prezydenta przed wojną prowadzoną bez konsultacji z sojusznikami. Ten problem nie zniknie wraz z końcem obecnej kadencji. Jest wbudowany w strukturę systemu politycznego, który Europejczycy przez lata traktowali jako stabilną kotwicę, nie dostrzegając, że jej trwałość zależała od konsensusu dwupartyjnego, który już nie istnieje.
Amerykański system gwarantuje przeciętnie zmianę władzy co cztery do ośmiu lat. Polska i inne państwa wschodniej flanki NATO budują zdolności obronne, które wymagają perspektywy dwudziestu, trzydziestu lat. Asymetria horyzontów czasowych istniała zawsze, jednak przez dekady równoważyła ją dwupartyjność atlantycyzmu. Gdy ta dwupartyjność zniknęła, asymetria stała się strategiczną pułapką. Państwo, które planuje swoje bezpieczeństwo w oparciu o sojusz, którego ciągłość zależy od wyniku wyborów w państwie trzecim, wpada w zależność, której nie kontroluje i której rezultatów nie może przewidzieć.
Board of Peace, zaproponowana przez Trumpa alternatywna architektura zarządzania konfliktami działająca poza ramami prawa międzynarodowego, jest w tym sensie nie tyle projektem politycznym, co sygnałem, że Waszyngton nie zamierza już działać w ramach systemu, którego sam był głównym architektem [13]. Stany Zjednoczone prowadzą wojnę w Zatoce Perskiej bez uruchomienia jakichkolwiek mechanizmów sojuszniczych, bez konsultacji z partnerami europejskimi, bez mandatu zbiorowego. NATO jako instytucja milczy, bo nie zostało zapytane i nie jest stroną konfliktu, który toczy jego kluczowy członek. To świadomy wybór Waszyngtonu, który pokazuje, że Stany Zjednoczone rezerwują sobie prawo do działania militarnego całkowicie poza strukturami sojuszu, który same stworzyły i którego artykuł piąty mają gwarantować.
Z tego właśnie wyciągają wnioski ci, którzy po stronie amerykańskiej kwestionują sens NATO w jego obecnej formie. Pojawiają się głosy, w tym ze środowisk bliskich administracji Trumpa, o potrzebie zastąpienia go nowym sojuszem wojskowym, koalicją państw rzeczywiście gotowych do działania, w której mogłoby znaleźć się miejsce dla Polski, a nawet dla Ukrainy. Propozycja brzmi atrakcyjnie, szczególnie dla państw, które od lat czuły się traktowane przez NATO jako peryferia. Ale rodzi pytanie, które pozostaje bez odpowiedzi: czy sojuszowi proponowanemu przez administrację, która właśnie udowodniła, że prowadzi wojnę bez konsultacji z kimkolwiek, można ufać bardziej niż instytucji, którą ta sama administracja właśnie podważa? Zaufanie do NATO powstawało przez siedemdziesiąt lat wspólnych ćwiczeń, procedur, planowania i wzajemnych gwarancji. Nowa architektura proponowana z Waszyngtonu byłaby sojuszem bez tej historii, tworzonym przez gracza, który właśnie pokazał, jak traktuje dotychczasowych partnerów. Dla Europy i dla Polski odpowiedź na tę propozycję musi być chłodna i strategiczna.
Czego uczy nas willa Mannerheima
26 marca 2026 roku w Helsinkach odbył się szczyt państw Joint Expeditionary Force, koalicji obronnej prowadzonej przez Wielką Brytanię, skupiającej państwa Europy Północnej i Bałtyckiej [14]. Po raz pierwszy w historii tego formatu część dyskusji poświęcona została pytaniu o architekturę bezpieczeństwa europejskiego przy założeniu możliwego wycofania się Stanów Zjednoczonych z NATO. Jedno z cytowanych źródeł dyplomatycznych stwierdziło wprost: NATO jest sparaliżowane, sojusz się rozpada, Europa nie może czekać na jego całkowity updaek. Lokalizacja nie była przypadkowa. Finlandyzacja, sztuka utrzymania suwerenności przy nieprzyjaznym sąsiedzie i bez amerykańskich gwarancji, była przez dekady synonimem niepożądanego kompromisu. Teraz to Finlandia gości pierwsze spotkanie, na którym europejskie demokracje zaczynają na serio rozważać bezpieczeństwo bez waszyngtońskiego parasola.
Przy stole w Helsinkach siedziała Wielka Brytania szukająca po Brexicie nowej formuły europejskiego zaangażowania, państwa bałtyckie oraz Kanada, której premier dołączył zdalnie w geście znaczącym wobec amerykańskich gróźb pod adresem Ottawy [15]. Przy tym stole nie było Polski. To nieobecność symptomatyczna. Polska jest państwem, które wniosło jeden z największych wkładów w uzbrojenie Ukrainy, ma najdłuższą granicę lądową z obszarami konfliktu, największy budżet obronny spośród wschodnioeuropejskich członków NATO i realną zdolność wojskową. A mimo to polska polityka bezpieczeństwa przez ostatnią dekadę była budowana na założeniu trwałego zaangażowania amerykańskiego, które okazało się bardziej kruche niż ktokolwiek chciał przyznać.
Pytanie, przed którym stoi dziś Polska i szerzej Europa, nie jest pytaniem o to, czy NATO przeżyje obecny kryzys. Może przetrwać. Może nie przetrwać w dotychczasowej formie. Prawdziwym pytaniem jest, czy Europa zdoła zbudować wiarygodną zdolność obronną zanim dowiemy się, która z tych możliwości się zmaterializuje. W 1943 roku Wendell Willkie napisał, że świat stał się mały i wzajemnie zależny i że Stany Zjednoczone muszą podjąć przywództwo, które historia im powierzyła. Ta teza ukształtowała powojenny porządek, NATO włącznie. Osiemdziesiąt lat później administracja Trumpa buduje architekturę opartą na zupełnie innych założeniach, że świat dzieli się na strefy wpływów wielkich mocarstw, że bezpieczeństwo mniejszych państw jest przedmiotem negocjacji między silniejszymi, a pozycja międzynarodowa zależy od potencjału, nie od zobowiązań prawnych czy sojuszniczych. To nie jest odchylenie od normy. To jest wynik dziewięcioletniej transformacji, którą Europa zbyt długo traktowała jako tymczasową anomalię.
Kolacja w willi Mannerheima nie była początkiem nowej ery. Była pierwszym publicznym przyznaniem, że stara era się skończyła. Dla Polski i dla Europy właściwym zadaniem nie jest czekanie na powrót normalności, która zapewne już nie wróci w dawnej postaci. Jest nim zrozumienie, w jakim świecie się obudziły, i działanie zgodne z tą diagnozą, zanim inni zdefiniują ich miejsce za nie.
Przypisy:
[1] Lilliana Mason, Uncivil Agreement: How Politics Became Our Identity, University of Chicago Press, Chicago 2018; Thomas E. Mann, Norman J. Ornstein, It’s Even Worse Than It Looks: How the American Constitutional System Collided With the New Politics of Extremism, Basic Books, Nowy Jork 2012.
[2] NATO, Defence Expenditure of NATO Countries 2014-2024, komunikat prasowy, 17 czerwca 2024.
[3] Calvin Coolidge, Address to the American Society of Newspaper Editors, Washington D.C., 25 stycznia 1925. Pełny tekst: Miller Center, University of Virginia, millercenter.org.
[4] Portret Coolidge’a cieszył się szczególnym uznaniem Reagana, który przeniósł go na honorowe miejsce w Gabinecie Gabinetowym. Zob. Amity Shlaes, Coolidge, Harper, Nowy Jork 2013, s. 3-12; PBS American Experience, Calvin Coolidge, www.pbs.org.
[5] Wendell Willkie, One World, Simon & Schuster, Nowy Jork 1943; Samuel Zipp, The Idealist: Wendell Willkie’s Wartime Quest to Build One World, Belknap Press, Cambridge 2020; Stewart M. Patrick, „Why Wendell Willkie’s Vision of Internationalism Remains Essential Today”, Council on Foreign Relations, 22 lipca 2019.
[6] Rick Perlstein, Before the Storm: Barry Goldwater and the Unmaking of the American Consensus, Hill and Wang, Nowy Jork 2001.
[7] Theda Skocpol, Vanessa Williamson, The Tea Party and the Remaking of Republican Conservatism, Oxford University Press, Nowy Jork 2012.
[8] G. John Ikenberry, A World Safe for Democracy: Liberal Internationalism and the Crises of Global Order, Yale University Press, New Haven 2020.
[9] Szczegółowy przebieg wydarzeń: 2026 Iran–Israel war, Wikipedia, en.wikipedia.org; Reuters, U.S. and Israel launch strikes on Iran, 28 lutego 2026.
[10] Muhanad Seloom, „Four Things the Gulf States Will Expect From the U.S. After Trump’s Iran War”, Foreign Policy, 24 marca 2026.
[11] Oświadczenia katarskiego MSZ: Al Jazeera, „Qatari PM and US officials discuss strategic ties amid Iran war”, 27 marca 2026, aljazeera.com.
[12] „U.S.-Iran War: How the Interests of Gulf States Are Diverging”, Foreign Policy, 7 kwietnia 2026.
[13] Biały Dom, Presidential Statement on the Establishment of the Board of Peace, styczeń 2026.
[14] Joint Statement from the leaders of the Joint Expeditionary Force, 26 marca 2026, www.gov.uk; Office of the President of the Republic of Finland, JEF Leaders’ Summit in Helsinki, www.presidentti.fi.
[15] Office of the President of the Republic of Finland, President of the Republic of Finland to host JEF Leaders’ Summit at the Presidential Palace in Helsinki, 17 marca 2026, www.presidentti.fi.
Related Posts
V4 Reloaded czy złudzenie sojusznika? Węgry po wyborach 12 kwietnia 2026 roku
Liderka KMT w Chinach kontynentalnych: Co nam umyka w rozmowach o Tajwanie
Nowa irańska religia polityczna. Symptom globalnego kryzysu demokracji
Od USAID do DHR – restrukturyzacja amerykańskiego zaangażowania humanitarnego i jej skutki dla Europy Środkowo-Wschodniej.
Polska wobec wyborów na sekretarza generalnego ONZ. Aktor z zaproszeniem, bez strategii