KOMENTARZ PUŁASKIEGO: Strategiczny przełom czy strategiczna pauza?

KOMENTARZ PUŁASKIEGO: Strategiczny przełom czy strategiczna pauza?

KOMENTARZ PUŁASKIEGO: Strategiczny przełom czy strategiczna pauza?

12 czerwca 2018 w Singapurze doszło do spotkania prezydenta D. Trumpa i przewodniczącego Kim Dzong-una. W tekście wspólnego oświadczenia wydanego po singapurskim szczycie obydwu przywódców znalazł się zapis, iż „Potwierdzając deklarację panmundżońską z 27 kwietnia 2018 r., KRL-D zobowiązuje się do dalszych prac mających na celu kompletną denuklearyzację Półwyspu Koreańskiego”. Niewątpliwie jest to zapis jakiego spodziewała się światowa opinia publiczna, niemniej nasuwają się wątpliwości, czy można uznać go za dowód szczerości intencji północnokoreańskiego reżimu.

Szczyt przywódców Stanów Zjednoczonych i Korei Północnej został przygotowany w ciągu zaledwie trzech miesięcy, co pokazuje wyraźnie, że obu stronom zależało na jego odbyciu, chociaż motywacje stron były odmienne. Dla Kim Dzong-una bez wątpienia kluczową kwestią była i jest potencjalna możliwość złagodzenia amerykańskich i międzynarodowych sankcji, którezostały nałożone na jego kraj po ubiegłorocznej serii prób balistycznych i jądrowych. Testy udowodniły bezprecedensowy postęp obydwu programów, co wzbudziło uzasadnione obawy, zarówno wśród państw regionu, jak i w Stanach Zjednoczonych. Niezależnie od „buńczucznej retoryki”, zacieśnienie sankcji było dla reżimu odczuwalne, co wywołało zabiegi o ich zniesienie lub przynajmniej częściowe złagodzenie. Paradoksalnie trudniejsze do jednoznacznego sprecyzowania są intencje Trumpa, ten bowiem często wysyła sprzeczne ze sobą sygnały, czego przykładem może być przedstawiona pod koniec maja decyzja o odwołaniu szczytu, a następnie kolejna – o jego organizacji w planowanym wcześniej terminie.

Znaczenie spotkania

W cytowanym wspólnym oświadczeniu znalazły się również zapisy mówiące o tym, że Stany Zjednoczone oraz KRL-D połączą wysiłki, aby budować na Półwyspie Koreańskim trwały i stabilny pokój, a także ustanowią „nowe” relacje dwustronne. USA udzielają Pjongjangowi gwarancji bezpieczeństwa, ten ostatni zaś potwierdza swą niezachwianą wolę denuklearyzacji. Zgodnie z oświadczeniem, „epokowe wydarzenie” jakim był szczyt posłużyło przełamaniu dekad napięcia między dwoma państwami, służy także otwarciu nowego rozdziału przyszłości. Jego następstwem mają być kolejne negocjacje prowadzone na niższym szczeblu. Ze strony amerykańskiej negocjatorem będzie Sekretarz Stanu M. Pompeo, ze strony północnokoreańskiej odpowiedniej rangi przedstawiciel reżimu. Co istotne, w czasie konferencji prasowej prezydent USA oznajmił także zamiar wstrzymania wspólnych ćwiczeń wojsk amerykańskich i południowokoreańskich, które „są bardzo kosztowne i bardzo prowokacyjne”, czyli posłużył się terminem używanym wcześniej jedynie przez reżim północnokoreański oraz przez Chińską Republikę Ludową. Dodał również, że chciałby wycofania wojsk amerykańskich z Półwyspu, zaznaczając przy tym, że nie jest to w żaden sposób częścią obecnych rozmów. Swój dialog z Kimem określił mianem szczerego, bezpośredniego i owocnego, wspomniał o specjalnej więzi, jaką udało mu się nawiązać z dyktatorem, która ma sprawić, iż relacje USA z KRLD będą inne niż w przeszłości.Po powrocie do Stanów Prezydent zakomunikował poprzez media społecznościowe, że zagrożenie jądrowe ze strony Korei Północnej już nie istnieje.

Retoryka Trumpa bez wątpienia pozwala Kim Dzong-unowi przedstawiać na użytek wewnętrzny rezultaty szczytu jako swój olbrzym sukces, zresztą w doniesieniach północnokoreańskiej agencji informacyjnej KCNA pojawiły się także informacje o deklaracji prezydenta USA dotyczącej złagodzenia sankcji, czemu zaprzecza strona amerykańska.

Pełne obaw głosy słychać zarówno w Korei Południowej czy Japonii, jak i po obu stronach Atlantyku. Jak wskazują komentatorzy, Trump dał Kimowi bardzo wiele, dostając w zamian jedynie dość lapidarne stwierdzenie o woli kontynuowania wysiłków mających na celu denuklearyzację. We wspólnym oświadczeniu nie znalazło się np. powtarzane dotąd przez administrację amerykańską sformułowanie, że ma to być denuklearyzacja całkowita, weryfikowalna i nieodwracalna. Chociaż prezydent USA zapewnia, iż do dalszych rozmów strony przystąpią niemal natychmiast i będą one postępować bardzo szybko, a w kuluarach mówi się nawet o zamiarze doprowadzenia ich do końca w perspektywie dwóch lat, to wydaje się to wzbudzać uzasadnione wątpliwości. Łatwo sobie wyobrazić scenariusz, w którym Pjongjang zaczyna „grać na czas” i spowalniać rozmowy, nawet jeśli będzie czynił przy tym kroki pozornie świadczące o denuklearyzacji. Z drugiej strony, Trump wielokrotnie nie tylko w kontekście koreańskim dał dowody tego, że w dowolnym momencie może zmienić zdanie i stwierdzić, że wcześniejsze słowa znaczyły coś zupełnie innego niż zostało to zrozumiane. Jeśli zatem np. doradcy lub strona południowokoreańska przekonają go, że nie należy zawieszać wspólnych ćwiczeń, Północ zyska argument do spowolnienia, jeśli nie zawieszenia rozmów i samego procesu denuklearyzacji. Kim Dzong-un może również chcieć niejako „przeczekać” Trumpa jako lokatora Białego Domu, obawiając się, że jest on bardziej nieobliczalny od niego samego.

Niewątpliwym wygranym singapurskiego szczytu są za to Chiny. W trakcie przygotowań do niego Kim dwukrotnie spotkał się z Xi Jinpingiem, a do Singapuru poleciał na pokładzie chińskiego samolotu rządowego. Zawieszenie północnokoreańskich testów i amerykańsko- południowokoreańskich manewrów to de facto realizacja powtarzanego od miesięcy chińskiego pomysłu podwójnego zawieszenia. Przytłoczony sankcjami Kim zmuszony był do poszukiwania sojusznika, a mógł go znaleźć jedynie w Pekinie, który dzięki temu stał się brokerem porozumienia z supermocarstwem, co zmusza do przypuszczeń, że realne decyzje co do denuklearyzacji Półwyspu będą zapadać w Pekinie.

Autor: Rafał Ciastoń, Research Fellow w Programie Bezpieczeństwo Międzynarodowe i Obronność Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego